Uwaga, drwal za plecami
data dodania: 2010.07.26 14:53:07
Lato to fatalny czas na pisanie blogów. Człowieka bez przerwy ciągnie w plener, bo przecież już gdzieś tam za rogiem czai się jesień. To też będzie doskonały czas na karpie, ale pogoda, a zwłaszcza temperatury już nie tak komfortowe.

Teraz, bez względu na to czy pada, czy świeci słońce, najprzyjemniej jest mi pod zwykłym parasolem brolly, bez przedniej ściany. Nieskończona ilość powietrza do oddychania, a przede wszystkim znakomity widok na wodę, którego nic nie zasłania. Ile to razy leżąc w namiocie słyszałem nocne czy poranne spławy, ale ich lokalizacja była bardzo utrudniona. Wiedziałem tylko, że było to bardziej po mojej lewej, lub prawej stronie. Wejście do namiotu niestety zawęża postrzeganie okolicy. Pod parasolem, kiedy odpowiednio się go ustawi, widok jest fantastyczny. Jedyny problem to komary, które czasami potrafią doprowadzić mnie do szału. Nie dlatego żeby specjalnie gryzły, ale z powodu ich bzyczenia. Już człowiek błogo zasypia, a tu koło lewego ucha - bzzzzz… Macham ręką, po chwili z prawej strony bzzzzz…. I tak przez pół nocy. Horror! Nigdy jednak nie wpadło mi do głowy, że jest na to prozaiczny sposób. Pomysł zaproponował mi Rafał, z którym niedawno dwie nocki spędziliśmy nad małą śródleśną wodą, w której jak wieść niesie „chyba są duże karpie”. Tym razem ich tam nie było, za to komarów pod dostatkiem. Rafał dał mi spirale na komary, która się podpala, a ona tląc się odstrasza owady. Owszem, używałem czegoś takiego w plenerze, ale nigdy na rybach. Okazało się, że wystarczy lekkie zadymienie parasola od wewnątrz i postawienie tlącej się spirali koło łóżka. Przez całą noc nie zabzzzzyczał ani jeden komar. Eureka! Inna sprawa, że była to zasiadka, na której efekty bardzo liczyłem. Woda z jednej strony bardzo łatwa do obłowienia, bo mała, trzy czwarte jeziora dostępne dla naszych zestawów, ale z drugiej trudna, gdyż dno niesłuchanie muliste. Praktycznie nie udało nam się znaleźć ani metra twardszego gruntu, owszem tuż przy brzegu, ale na mój nos tam nie było karpiowych stołówek. W dodatku ten lipiec. Upały nie do wytrzymania i myślę, że nie do wytrzymania również dla ryb. Kiedy woda ma 28-29 stopni C nie sądzę, aby były skłonne do żerowania. Inna sprawa, że zasiadka skończyła się kilka godzin wcześniej niż planowaliśmy. O 5 nad ranem obudziło mnie jakieś bzyczenie. Kiedy człowiek jest jeszcze w pół śnie, wówczas dźwięki docierają do niego zupełnie inaczej niż na jawie. Po chwili uwiadomiłem sobie, że znam ten dźwięk i wcale to nie bzyczenie. Po chwili już wyraźnie dał się słyszeć odgłos jadących maszyn, w tym wyraźny odgłos silnika traktora. Przecież ten hałas to dźwięk wydawany przez piły spalinowe. Toż obok nas leśnicy ścinali drzewa. Pobudka była natychmiastowa, bo już wiedziałem, co może się święcić. Szybko na ponton, ściągnąć markery, zwinąć zestawy i zapakować się do samochodu zanim jakaś sosna nie spadnie nam na łby. Już byliśmy prawie spakowani, jak z lasu wyszedł drwal z pytaniem „czy my się już zbieramy, bo oni zaraz tu będą ciąć”.
To już drugi mój taki przypadek. Pierwszy miał miejsce dobre 10 lat temu i o mało nie zakończył się tragicznie, bo pilarze zaczęli swoją robotę zupełnie niespodziewanie i po cichu, jakieś 20 metrów od mojego namiotu. Zdążyli ściąć jedno drzewo, które na szczęście poleciało w odwrotnym kierunku. Dopiero moje krzyki przez dzielące nas krzaki spowodowały, że któryś z leśników zainteresował się tym intruzem, który przeszkadza w pracy. Kiedy powiedziałem, że tu łowię i może byliby bardziej ostrożni, usłyszałem, że mają to w d…. , bo mają ciąć , a las nie jest mój tylko nadleśnictwa. Ja na to, że kilka metrów nad samym brzegiem nie jest nadleśnictwa tylko dzierżawcy wody. Oni w odpowiedzi - to dostaniesz sosną w łeb. Tyle było dyskusji. Z drwalami nie da się negocjować.
Połamania wędek,
Przemysław Mroczek
„Żółty Krąg w tym roku jest bardzo uparty. Grzeje jak nigdy dotąd. Czasami aż łuski zaczynają mi się pocić. Całe szczęście, że nie mam ich zbyt wiele. W naszej mokrości jest parę miejsc, w których można się przez Żółtym Kręgiem schować, ale zazwyczaj są one oblegane przez wszystkich moich sąsiadów, więc jest tam mało komfortowy tłok. Niedawno jednak odkryłem zupełnie nowe miejsce. W tej części suchości coś bardzo hałasowało i zaraz potem po mocnych chlupotach w zatoce znalazło się kilka drzew, które z rzadka, ale jednak czasami wybierają nasz świat. Sąsiedzi w bojaźni stamtąd uciekli, ale ja domyślałem się, o co chodzi i jak tylko hałas ustał, popłynąłem zobaczyć czy mam rację. Rzeczywiście trzy drzewa leżały zanurzone w mokrości. Cóż za wspaniałe schronienie. Ile cienia i wolnego miejsca. Od pewnego czasu, kiedy tylko Krąg się pojawi, zaraz tam się udaję i siedzę tam aż stanie się ciemność. I w ogóle nie mam apetytu. Dzisiaj zjadłem jakieś resztki pachnących kulek, które jak zwykle bezmyślnie zostawiły suszaki w miejscu, gdzie ani ja, ani żaden z krewnych, ani żadne inne łuskowce nie przypływają, bo dno cuchnie i zapycha skrzela, a żarcia w nim żadnego nie ma. Tak już jest z tymi suszakami. Czasami trudno ich zrozumieć. Na szczęście od wczoraj Żółty Krąg jest ledwie widoczny, za to jest czym oddychać, bo nareszcie przyszła ta mokrość w kroplach, która leci do nas przez suchość. Z radości aż trzykrotnie wyskoczyłem ponad naszą mokrość. Dawno już tego nie robiłem. Kiedyś jednak o wiele łatwiej mi to wychodziło, cóż starość nie radość. Ale dobrze czasami jest sobie podokazywać.”
Felek Płetwa