Sobota, 4 Wrzesień 2010, imieniny obchodzi: Ida, Liliana, Roch

Zapiski Felka Płetwy

Potęga natury

data dodania: 2010.06.15 10:56:15
Dawno się nie odzywałem, ale zazwyczaj tuż przed wydaniem kolejnego KARP MAXA jest urwanie głowy, aby zdążyć wszystko przygotować na czas. Tym razem „urwanie” było niemal dosłowne, ale nie głowy, ale nieba.
Potęga natury
Siedziałem sobie w swojej wiejskiej bazie szykując ostatnie materiały do gazety, a jednocześnie zastanawiałem się nad którą z pobliskich karpiowych wód się wybrać. Jest nad czym myśleć, bo w promieniu 10 kilometrów jest ich z dziesięć. To było w ubiegły piątek, byłem już po wyszykowaniu zestawów, kiedy sąsiad doniósł o zbliżającej się burzy. Rzeczywiście od kilkunastu minut słychać było grzmoty, ale tutaj to nic nowego, burze rzeczą normalną. Poszedłem nad jezioro, drugi brzeg był dobrze widoczny, chociaż to odległość prawie 7 kilometrów. Jednak rzeczywiście gdzieś tam zbierały się potężne chmury. Przeżyłem kilka potężnych burz nad Wierzchowem, więc wiem jak one wyglądają, a właściwie jak się zaczynają. To staje się nagle. Ni z tego, ni z owego, następuje uderzenie wiatru, a pioruny grzmocą nad głowami. Najlepiej to zaobserwować właśnie patrząc na tafle jeziora. Najpierw jest gładka, czyli typowa cisza przed burza,, później do uszu zaczyna docierać szum, coraz głośniejszy szum - to deszcz biegnący wzdłuż jeziora i przybliżający się z niesłychana prędkością. A kiedy nagle na bardzo niskim pułapie zaczynają się pokazywać białe, postrzępione chmury, to znak aby natychmiast zwiewać i kryć się przed nawałnicą. Zabrzmiało to trochę jak instrukcja obsługi burzy, ale pisze to nie przypadkowo.
We wspomniany ubiegłotygodniowy piątek sytuacje potęgowały doniesienia w radiu i TV o możliwości bardzo silnych burz właśnie na północy Polski. Stałem nad brzegiem i obserwowałem niebo z coraz większym zdenerwowaniem. Mój wyjazd na karpie mógł przecież nie dojść do skutku. Wówczas jeszcze nie przypuszczałem, że o wszelakich rybach będę zmuszony zapomnieć na kilka dni. Ciemne chmury rozbudowały się do niebotycznych rozmiarów, a co jakiś czas niebo przecinały gigantyczne elektryczne wyładowania. Wiedziałem, że ta burza tym razem nas nie ominie. Po chwili jednak zaczęły się pokazywać białe języki pod samą podstawą chmur. Były postrzępione i złowieszcze. A powietrze stało, nie było najmniejszego wiaterku. Temperatura ponad 30 stopni nie rokowała nic dobrego w zetknięciu z taką masą chłodnego powietrza.
Wszystko stało się nagle, jak zwykle w przypadku tego typu burz. W jednej sekundzie nastąpiło potężne uderzenie wiatru, po chwili deszczu i kilku wyładowań. Zdążyliśmy się schować w domku i wówczas zaczęło się coś czego nigdy przedtem w życiu nie widziałem. Owszem widziałem, ale bezpiecznie siedząc przed telewizorem i oglądając relacje z tornad gdzieś tam w Ameryce. Uderzyła potworna fala gradu wielkości wiśni, a wiatr wzmagał się coraz bardziej. Jestem przyzwyczajony do nadmorskich wiatrów osiągających 100 km/godz, ale tamte wiatry to był pikuś. To co się działo nad naszymi głowami wyglądało jak koniec świata. Kiedy drzewa zaczęły się giąć tak, że ich czubki dotykały ziemi, a nie były to byle jakie drzewa, a wielkie topole i brzozy, zaczął ogarniać mnie strach. Strach o życie. Za chwilę usłyszałem pierwszy trzask, to wielka topola złamał się wpół i spadła na domek w ośrodku wczasowym. Po chwili trzask drugi i trzeci. Gałęzie fruwały dookoła, uderzały w stojące samochody, waliły w szyby. To było prawdziwe tornado. Trwało to jakieś 20 minut. 20 minut modłów, aby nic nam się nie stało.
Po pół godzinie tak nagle jak się zaczęło, wszystko ucichło, jak gdyby nigdy nic wyszło słońce i zrobiło się piękne piątkowe popołudnie. Wyszliśmy z domku. To co zobaczyliśmy wokół było wręcz nie do uwierzenia. Drzewa połamane jak zapałki, wokół setki leżących gałęzi. Na szczęście okazało się, że nikt nie ucierpiał. Po chwili konsternacja - nie ma kontaktu ze światem! Komórki nie działają, nie ma prądu. Szybka wyprawa na drogi i kolejna niespodzianka - jesteśmy odcięci od świata! Obydwie dojazdowe drogi zawalone drzewami.
Sprzątaliśmy teren przez 3 następne dni. Pierwsza droga była przejezdna następnego dnia,  na drugiej do dzisiaj na odcinku tylko 2 kilometrów leży 35 drzew. Prąd wrócił wraz z ekipą energetyków po 3 dniach. Po wycieczce do lasu odechciało mi się też karpi. W niektórych miejscach zwalonych sosen i brzóz było więcej niż ocalałych. Już wyobrażam swoje karpiowe obozowisko na drodze tego tornada. Na samą myśl dostaję dreszczy. A poza tym idę do sklepu BHP po kask i do muzeum po zbroję.    
Łamcie wędki i uważajcie na drzewa, bo też potrafią się łamać.
Przemysław Mroczek

Prosimy o wybaczenie, ale Felek Płetwa od ostatniego piątku nie jest osiągalny. Ponoć zaszył się w najmniej dostępnym miejscu jeziora i za nic nie chce stamtąd się ruszyć. Kiedy się pojawi, damy znać.




Czytaj wpis

To się nie mieści w głowie

data dodania: 2010.05.20 09:53:20
Z przerażeniem i niedowierzaniem oglądam w telewizji relacje z południa Polski. Jest to realne, wręcz namacalne, a jednak odległe o setki kilometrów. Wczoraj odbierałem wygrawerowane na szkle trofea dla zwycięzców przyszłotygodniowych polskich eliminacji do World Carp Classic. Pan Andrzej pakując mi je do pudełek z wyraźną ulgą w głosie powiedział: „Wie pan co, to ja już wolę te nasze nadmorskie wichury, tą wilgoć i łamanie w stawach, niż to co tam się dzieje. To się po prostu nie mieści w głowie”.


Dobrze pamiętam lipiec 1997 r. Wydawało mi się, że takie rzeczy zdarzają się raz na pokolenia, że powtórka jest po prostu niemożliwa. A jednak przyrody nie można okiełznać i nie można przewidzieć czym nas zaskoczy. Człowiek niestety nie ma pokory i w dalszym ciągu wydaje mu się, że to on jest panem tego świata. Mając na względzie dziejące się realne ludzkie tragedie, jednak dobrze by było o tym pamiętać. Woda zawsze była w ruchu, to ona kształtowała nasz krajobraz, to ona użyźniała pola, to ona odbierała życie. Pamiętam 97 rok, kiedy już po zejściu wody we wrześniu pojechałem do Wrocławia. Wówczas każdego roku wczesną jesienią odwiedzałem Wieśka Rychtera i jeździliśmy razem ze spinningiem nad Odrę. To było takie nasze coroczne odreagowanie od karpi. To co wówczas zobaczyłem na moim ulubionym odcinku poniżej Wrocławia postawiło mi włosy na głowie, a miałem ich wówczas co nieco więcej niż teraz. To był inna, zupełnie nieznana mi rzeka. Przybrzeżne drzewa, te które wytrzymały napór wody, miały wplecione w gałęzie wszystko co wówczas płynęło - trawy, plastikowe butelki, szmaty, i licho wie jeszcze co. Krajobraz iście księżycowy. Miejsc gdzie kiedyś łowiłem sandacze już nie było. Tam gdzie kiedyś były spowolnienia nurtu, zatopione krzaki, drzewa, jakieś głęboczki, teraz leniwym nurtem płynął równy kanał. I ani śladu ryb. Wszystkie popłynęły z wodą.
To może zabrzmieć absurdalnie, ale wówczas, przed 13 laty, wielka powódź, która tysiącom ludzi odebrała cały dobytek, łowcom karpi stworzyła prawdziwe eldorado. Tysiące karpi z czeskich, jak i polskich stawów położonych głównie w zlewni Odry, popłynęły rzeką. Karpie w olbrzymich ilościach łowiono nie tylko w Odrze, ale także w jej dopływach, po których ryby się rozpłynęły. Nie mam pojęcia jak to wygląda w tym roku. Można się jednak obawiać, że ta wielka woda już zalała wiele wyrobisk i starorzeczy, w których na co dzień łowią karpiarze. Jakie skutki dla ryb będzie miała ta powódź, jeszcze nikt się nie zastanawia, bo przecież na razie są ważniejsze sprawy - ludzie życie i dobytek. Nie chcę źle wróżyć, ale 2010 rok może się okazać dla wędkarzy wyjątkowo zły. Najpierw zima, która spowodowała spore śnięcia karpi, teraz powódź.
W związku z tym, kiedy woda już ustąpi, każdy wędkarz który wybierze się na dotknięte powodzią łowiska, tym bardziej powinien kilka razy zastanowić się zanim da w łeb złowionej rybie. I nie mam tu na myśli wyłącznie karpi.  
Łamcie wędki,
Przemysław Mroczek

„Stara opowieść przekazywana przez pokolenia, która rozeszła się po wielu mokrościach głosi, że bardzo dawno temu, my karpie żyliśmy w wielkiej płynącej mokrości. Pewnego razu, a było to tak dawno, że nikt nie jest w stanie zliczyć, płynąca mokrość wezbrała i wylała się po miejscach, które kiedyś zawsze były suche. Nasi przodkowie w ten właśnie sposób pojawili się w miejscach, gdzie nas wcześniej nigdy nie było. O ile wierzyć tym legendom, to nasza kolebka leży w dalekich mokrościach, położonych w stronę, gdzie pojawia się świetlisty krąg”.
Felek P.





Czytaj wpis

Karpie w 3D

data dodania: 2010.05.16 11:47:15
Wstałem dzisiaj skoro świt, czyli o 7 rano, wyjrzałem przez okno - samochody rozbryzgują wodę, termometr albo się zepsuł, albo nam pogoda już całkowicie zwariowała, pokazuje 7 stopni, a ja w kropce. Jechać na takie byle co, czy nie? Byłem nad wodą przed tygodniem, wówczas termometr okazał się jak najbardziej poważnym urządzeniem, bo pokazywał aż 9 stopni i tyle w rzeczywistości było (jak mówili w TV). Woda gładka, więc myślałem, że coś zobaczę, jakieś ślady bytności ryb. A skąd! Wszystkie stworzenia wodne chyba przedłużyły sobie sen zimowy.


W kwietniu mówiło się, że w przyrodzie w tym roku wszystko jest opóźnione o jakieś 2 tygodnie. Mam wrażenie, że trzeba będzie zweryfikować okresy trwania pór roku. Tylko nie wiem do kogo wystąpić z takim apelem, aby wiosna w tej dekadzie rozpoczynała się w maju, wówczas nikt nie będzie się dziwić, że w tym właśnie miesiącu trzeba w domu włączać ogrzewanie.
No dobrze, ale co do tego mają karpie? Pewnie, że mają, bo im się żreć nie chce za bardzo, chociaż, gdzieniegdzie już „się ruszyły”, jak to się dość dziwnie określa. Bodaj wczoraj Karol oznajmił mi przez telefon, że na Dobrym właśnie „się ruszyły”. No i dobrze, bo za półtora tygodnia zaczynają się tam eliminacje do World Carp Classic. Przecież ludzie muszą połowić.
A ja tak sobie spoglądam za okno i chyba jednak zostanę w domu, tym bardziej, że kilka dni temu kupiłem Avatara na DVD i jeszcze nie miałem czasu obejrzeć. To znaczy nie widziałem go w 2 D, bo w 3 D owszem, i to 3 razy. Teraz mam swojego Avatara i będę mógł dokładnie obejrzeć to o czym pisała niedawno pewna Amerykańska biolog. Była zafascynowana tym filmem, ale nie akcją, nie fabułą, a wykreowaną przez Camerona przyrodą. Napisała, że jej marzeniem jest znalezienie się w takim świecie jak Pandora i badanie tak niesamowitej przyrody, zupełnie różnej od ziemskiej. Rzeczywiście świat Pandory kipi od najróżniejszych absolutnie egzotycznych roślin i stworzeń. W filmie były nawet bodaj dwie wodne sekwencje, ale ku mojemu rozczarowaniu nic w tej wodzie nie pływało. A może po prostu nie zauważyłem, musze to sprawdzić na DVD. Tak czy inaczej James Cameron ponoć przymierza się do kontynuacji filmu. Nie wiem jak do tego faceta dotrzeć, ale z chęcią podpowiedział bym mu aby tym razem skoncentrował się na świecie wodnym, z naciskiem położonym na ryby. Już sobie wyobrażam, to znaczy raczej nie wyobrażam, jak mógłby wyglądać Pandoriański karp. Jeżeli zwierzęta naziemne mają po 6 nóg, to pewnie miałby co najmniej 12 płetw, łuski wzbogacone włóknem węglowym i zęby gardłowe rozłupujące nawet kamienie. Oczywiście jego masa musiałaby przekraczać 150 kg. Już sobie wyobrażam zasiadkę na Pandoriańskiego karpia. To znaczy jeszcze sobie nie wyobrażam, bo nie bardzo mam pomysł jak nad wodę dotrzeć bez wcześniejszego pożarcia przez cokolwiek. Ale jeżeli już by się to udało, to dałbym fortunę za hol tej ryby i zdjęcie z nią, pod warunkiem, że na dzień dobry nie odgryzłaby mi ręki.
Z zadumy nad Pandorą wyrwał mnie właśnie dźwięk budzika, który niewiadomo po co nastawiłem na 7.30, przecież już nie śpię! Chyba mimo wszystko odłożę kolejne oglądania Avatara na inny, jeszcze brzydszy dzień, a dzisiaj pojadę w plener, bo pewnie Karol znów zadzwoni, zacznie opowiadać o kolejnych „już ruszających się” karpiach, a mnie szlag trafi. A może z tymi porami roku zrobić inaczej, w ogóle zlikwidować wiosnę. Przecież w tej sytuacji pogodowej nikt nie miałby pretensji aby po zimie następowało od razu lato. To jest jakieś wyjście. Trzeba by się z tym przejść do Urzędu Patentowego.
Łamcie wędki
Przemysław Mroczek

„Nie chce mi się do was gadać, to znaczy bąblować. Do licha, łapię się na tym, że zaczynam gadać po suszaku. W końcu obcuje z suszakami od małego. Wy to nie wiecie jak jest być w mokrości. Najmądrzejsze łby uczyły mnie, że u was czym cieplej, tym mniej wam się chce jeść. Czy wiecie, że u nas jest na odwrót? Tak zimno, że aż łuski mi drętwieją. Nie mam ich wiele, ale to tym bardziej odczuwalne. Liczę wzejścia świetlistego kręgu i coś mi tu nie gra, już dawno mokrość powinna być ciepła, a ja powinienem wsuwać żarcie, aby mieć siły na to co suszaki nazywają nie wiadomo czemu bzykankiem, czy jakoś tak. A zresztą, nie mam dziś ochoty na uzewnętrznianie się. Coś mi się zieeeeewa. No to cześć”.
Felek P.




Czytaj wpis
12345
Klamoty karpiowe

Shimano Aero Technium

Seria topowych kołowrotków Shimano typu big pit nazywa się Aero Technium. Składa się z 3 modeli: XT-B, MgS XS-A, oraz XS-B. więcej »

Anaconda Bait Barrel

Wiadra do przenoszenia czy przechowywania zanęty lub kulek są stałym elementem wyposażenia karpiarza. Najczęściej jednak po zużyciu ich zawartości, puste plastikowe wiaderka tylko zawadzają, nie pełniąc żadnej funkcji. więcej »
Karp Max 3/2010 już w sprzedaży

Karp Max 3/2010 już w sprzedaży

data dodania: 2010.07.09 09:10:59
W numerze masa atrakcji, m.in. pojawia się tekst naszego nowego współpracownika, znakomitego karpiarza z Niemiec Marcusa Pelzera. „Powrót nad rzekę" to relacja z rzecznych wypraw Marcusa, głównie nad Mosellę. Z kolei słynny Steve Briggs pisze o Efekcie kamuflażu, czyli jak przechytrzyć ostrożne karpie. W stałych rubrykach KM znajdziecie też nowości sprzętowe firm: Anaconda, Atomic Tackle, Atrix, Cormoran, Daiwa, Dragon, Dynamite Baits, Fish Point, Fox, Karp Fan, Natural Bait, NG Polska, Pelzer, Tandem Baits i Traper. Będzie też coś dla miłośników konkursów. Tym razem konkursy Fish Point, Aller Aqua i Grand Cyprinus.wiecej »
do góry