Cisza nad wodą, tylko ptaki śpiewają
data dodania: 2010.04.15 12:43:27
Cisza nad wodą, tylko ptaki śpiewają. W ostatnich dniach dobitnie uświadomiłem sobie, że my karpiarze jesteśmy reliktami zamierzchłych czasów. Geny, które przekazali nam dalecy przodkowie, reaktywują się podczas karpiowych zasiadek. To jednak paradoks, bo z jednej strony celowo uciekamy od cywilizacji, a z drugiej zabieramy ze sobą cały jej bagaż, wszystkie te elektroniczne urządzenia i gadżety, bez których trudno by nam było funkcjonować na łowisku. Są jednak okresy, zwłaszcza na początku sezonu, kiedy ryby żerują jeszcze bardzo słabo, więc sygnalizatory milczą. Milczy również woda, na powierzchni której jeszcze nic się nie dzieje, milczą drzewa, bo nie mają jeszcze liści. I tylko ptaki dają znać, że to już wiosna. Przekrzykują się jeden przez drugiego, fruwają nad głowami, przechadzają się wzdłuż brzegu wyszukując resztek zanęty.
Siedząc tak nad woda przez weekend jestem całkowicie oderwany od świata. Zastanawiam się jak to było kiedyś, przed epoką telewizji i radia. Ludzie żyjący na uboczu, z dala od miast, o światowych wydarzeniach dowiadywali się z opóźnieniem kilku tygodni, a nawet miesięcy. Kiedy więc taka wiadomość do nich dotarła, była już zamierzchłą przeszłością. Jakże to inaczej wygląda dzisiaj. W ubiegłą sobotę siedziałem nad jeziorem wsłuchując się w ptaki, i gdyby nie telefon komórkowy, to aż do powrotu do domu żyłbym w błogiej nieświadomości. Współczesna cywilizacja wyposażyła nas jednak w urządzenia, które nie pozwalają na „błogość istnienia” i czy chcemy tego czy nie, natychmiast przekazują wiadomości. Tuż po godz. 9.00 zadzwonił Marek - „Czy słuchasz radia?” - zapytał. Chwilę później telefon od Jarka - „Słyszałeś już?”. I tak w jednym momencie ptaki przestały śpiewać, tak przynajmniej mi się zdawało. Również geny praprzodków szybko się wyłączyły, poszedłem do samochodu i resztę dnia spędziłem na słuchaniu radia.
Żyjemy w interaktywnym świecie, który bombarduje nas milionami informacji. Najczęściej są one zupełnie zbędne, na szczęście mózg ma znakomitą funkcję selekcji tego co ważne, a co nie. Tej samej soboty miałem jeszcze kilka telefonów, w tym od bełkoczącego wędkarza, który starał się coś powiedzieć na temat jakichś zawodów, ale nie bardzo mu to się udawało. Przerwałem tę „rozmowę” i przyznam, że byłem wściekły. I nie chodziło mi wcale o to, że gość sobie wypił i dzwonił do mnie „w stanie”, cóż zdarza się (mam kilku znajomków, którzy permanentnie wydzwaniają będąc po kielichu, ale są to bardzo sympatyczne i wesołe rozmowy). Zirytowała mnie ta irracjonalna zbitka sytuacji - jednym uchem odbieram radiowe relacje z katastrofy, drugim bezsensowne gaworzenie o jakichś cholernych zawodach. Mówi się, że w dzisiejszych czasach nie można obejść się bez komórki, ja jednak poważnie zaczynam się zastanawiać czy brać ją ze sobą na ryby?
Łamcie wędki,
Przemysław Mroczek
„Cicho się w suchości zrobiło, jak nigdy ”. W dodatku mój znajomy suszak zachowuje się jakoś dziwnie. Nie siedzi wpatrując się w mokrość, tylko gdzieś zniknął. Znajoma rosówka Magda powiedziała mi, że dowiedziała się od kreta Wasyla, że suszak siedzi w metalowym brum-brumie, z którego docierają dźwięki głosów innych suszaków. Niespotykana sytuacja, musiało się coś zdarzyć”.
Felek P.
Czytaj wpisWszystko na niby, czyli czy doczekamy się polskiego Rainbow?
data dodania: 2010.04.08 12:00:30
Ta druga część zdania to wcale nie jest pytanie, które zadaję sobie każdego ranka podczas porannej kawy. Taki temat jednak dość często pojawia się w rozmowach z karpiarzami. Ostatnio podczas Karp Festiwalu w Zabrzu miałem okazję porozmawiać z paroma osobami bywającymi „w świecie”, właśnie na temat naszych łowisk karpiowych.
Mieliśmy o tym bardzo podobne zdania. Niby wędkarstwo karpiowe rozwija się niezwykle dynamicznie, niby powstaje coraz więcej firm oferujących sprzęt, niby mnożą się jak grzyby po deszczu lokalne kluby karpiowe, natomiast, jeżeli zerknąć na mapę Polski przedstawiającą prywatne łowiska, jakoś ich mało i to już bez słowa „niby”. A przecież karpiowanie polega na łowieniu karpi - to takie proste. Oczywiście wód z karpiami mamy co niemiara, ale czy przypadkiem o większości z nich nie powinniśmy powiedzieć „niby”. Niby coś tam pływa, niby od czasu do czasu są brania, ale z prawdziwymi okazami jakoś nie możemy się spotkać. Jestem gorącym zwolennikiem łowisk prywatnych (nie chcę ich nazywać komercyjnymi, ani specjalnymi, bo te określenia nie mają tu nic do rzeczy), bo w naszym pięknym kraju tylko taki status własnościowy może gwarantować odpowiednia populację w miarę dużych ryb. Tak, wiem, wiem, łowienie w takich miejscach kosztuje i to nierzadko sporo. Ale kiedy stoi przed nami alternatywa - siedzieć dniami bez szans na branie, lub w miejscu gdzie wiemy, że pływa odpowiednia populacja niezłych okazów, to czy przypadkiem nie zaświta nam w głowie, że jednak warto poodkładać trochę gotówki i w komforcie i spokoju czekać na brania?
Często sam się nad tym zastanawiam, czy przypadkiem coś nie porąbało się w moim podejściu do łowienia karpi. Przecież zawsze uwielbiałem odkrywanie nowych wód, zasiadki nad tajemniczymi jeziorkami, kryjącymi „NIEWIADOMOCO”. Kiedy jednak przypominam sobie takie wyprawy, to jakoś z rzadka przychodzą mi do głowy wielkości karpi tam łowionych. Zgadza się, bo w zdecydowanej większości przypadków nie było żadnego łowienia, a właściwie złowienia. To były, owszem, całkiem przyjemne dni i nocki, ale bez jednego pipnięcia sygnalizatora. Do licha, przecież tak naprawdę to ja nie mam czasu na takie eksperymentowanie. Dlatego żeby po prostu sobie połowić wybieram się nad prywatne wody. Tu jest jednak małe „ale”. Ile tych wód jest? Takich, na które chciałbym powrócić? I tu zaczyna się problem. Oczywiście Wygonin, bo to dla mnie rzecz wydawałoby się oczywista. Dzika, piękna woda. Zaraz, zaraz, ale ja ostatnio łowiłem w niej jakieś 2 lata temu! Czyżbym stracił cierpliwość dla sposobu zarządzania nią? Dobra, dalej - Nekielka, Pobiedziska, łowiska perspektywiczne, doskonale zarządzane przez karpiarzy (to rzadkość), ale polskim Rainbow raczej nie mają szans zostać. Nowaki? Ponoć niesamowite możliwości, ale po paru relacjach znajomych dotyczących nazwijmy to presji wędkarskiej, jakoś mnie tam nie ciągnie. Jeżeli to ma być polskie Rainbow, to musi być woda w pewnym sensie dzika, w której karpie będą miały możliwość schronienia się przed natarczywymi karpiarzami. Drzewa, trzcinowiska, zielska itp. No to może Gosławice, przecież niedawno trafiło tam ponad 250 sporych karpi. Łowiłem tam w ubiegłym roku i po rozmowach z osobami, które mają tam coś do powiedzenia wiem, że to może być świetna woda, ale… Ale jest pewien problem. To pewne rozbieżności, co do podstawowych kryteriów, jakie takie łowisko powinno spełniać. Znakomicie, że jest zarybiane dużymi okazami, ale dlaczego nie są z niego eliminowane ryby do 3-4 kg, które potrafią wymarzoną zasiadkę zamienić w koszmarne oczekiwanie na kolejne branie dwukilowego karpika, który ma to do siebie, że lubi pływać w towarzystwie osobników podobnej wielkości. I teraz wyobraźmy sobie faceta, który jedzie 300 czy 400 kilometrów, aby zasadzić się na nastokilowe karpie, a tu okazuje się, że nie może z łowiska odpędzić dwu czy trzykilówek. Wiecie, co to jest koszmarny sen karpiarza? To właśnie to.
No dobra, ponarzekałem co nieco, tym samym odreagowałem swoją ostatnią nieudaną wyprawę właśnie nad Rainbow, a pewnie również cięzkostrawne zasiadki przy świątecznym stole.
Teraz zupełnie szczerze - naszego Rainbow nigdy się nie doczekamy, bo nasza mentalność na to nie pozwala, ale o mentalności Polaków rozpisywać się nie będę, przynajmniej nie tym razem.
Łamcie wędki,
Przemysław Mroczek
„Mam kuzyna, który mieszka w niezbyt odległej mokrości. Często bąblujemy i po jego opowieściach siadam sobie na dnie i wyobrażam sobie jak to jest żyć mając pewność, że żadne stworzenie z otoczenia nagle nie zniknie w suchości. Zazdroszczę Trzyłuskiemu, bo tak nazywa się kuzyn. Mówi mi, że kolorowych kulek mają tam do oporu, a nawet jak zeżre się tą kłującą, to i tak nie jest źle, bo w suchości przebywa się bardzo krótki i w dodatku jest się polewanym mokrością z takich cylindrycznych naczyń. Ponoć to tak fajnie łaskocze. Ja w suchości byłem trzy razy, bez przykrych konsekwencji, ale paru moich byłych sąsiadów już z stamtąd nigdy nie wróciło. Trzyłuski mówi, że jego mokrość to własność pewnego fajowego suszaka, który co jakiś czas dopuszcza w jego sąsiedztwo nowe wąsate osobniki, a ostatnio to nawet wpuścił pewną seksowną ikrzyczkę. Temu to dobrze, nie dość, że ma darmowe żarcie i nie musi cały czas kopać w dnie, to w dodatku też za darmochę może sobie polać mlekiem jajeczka jednej czy drugiej ikrzyczki. Oj, coś się rozmarzyłem, chyba okres ciepłą się zbliża i trzeba będzie powędrować po swojej zapyziałej mokrości w poszukiwaniu jednej z pięciu naszych ikrzyczek. Tak, tak, nie ma na co czekać, sąsiedzi też coś ostatnio nerwowi. Wąsaty powiada, że to jakieś hormony buzują, ale ja mu nie wierzę, bo jak zwykle się wymądrza. U mnie żadne buzy nie harmonią, to po prostu wewnętrzna, zresztą całkiem przyjemna potrzeba polewania jajeczek. Co ja tu będę tłumaczyć, Wy suszaki i tak tego nie zrozumiecie”.
Felek P.
Czytaj wpisJaki początek, taki cały sezon.
data dodania: 2010.04.02 23:06:29
Jaki początek, taki cały sezon. Pewien mój znajomy wyznaje powyższą zasadę i kiedy pierwsza zasiadka w roku kończy się niepowodzeniem, chowa wędki do szafy. Tak radykalnego podejścia to ja nie mam, ale tak czy inaczej wierzę w fatum początkowych niepowodzeń. Kiedy przyjeżdżam nad wodę i już na samym początku wszystko idzie nie tak jak trzeba, od razu zaczynają mnie ogarniać czarne myśli. Nie przypadkowo, bo wówczas najczęściej rzeczywiście wszystko idzie jak po grudzie już do końca łowienia.

Jestem już po pierwszej tegorocznej wyprawie i właściwie też powinienem głęboko pochować sprzęt, bo zdarzyła się niezła kicha. Najbardziej oczekiwany wyjazd od roku okazał się klapą.
No cóż, przez 35 lat karpiowania zdążyłem już przywyknąć do powrotów o kiju, ale dlaczego akurat tym razem wszystko się sprzysięgło przeciw mnie, tego nie wiem. Zresztą nie tylko przeciw mnie. Przecież Grzegorz, z którym byłem nad jeziorem Rainbow, ma pewnie podobne zdanie.
Ale on nie ma co się dziwić. Sam sobie winien, bo też znakomicie wpisał się w zasadę, że jak coś się na początku spieprzy, to później może być tylko gorzej. W sobotnie południe siedzieliśmy nad brzegiem stanowiska 19 wiążąc wędki. Grzegorz odstawił pokazowy zestaw do łowienia w Rainbow, prawdziwe dzieło sztuki. Jeszcze tylko ostatni węzeł łączący strzałówkę z ledkorem i można wywozić. I kiedy już tak było blisko sukcesu, usłyszałem pewne popularne słowo na literę K, z akcentem właśnie na K. Po 15 minutach starannego wiązania Grzesiu odciął nie ten koniec linki co trzeba. Nic nie powiedziałem, ale już wówczas wiedziałem, że nic z tej zasiadki nie wyjdzie. Dwunastka i szesnastka z kawałkiem, plus dwa karpie zerwane w drzewach, na półtora tygodnia to śmiechu warte. I niewielką pociechą było to, że właściwie w tym czasie nikt nic nie łowił, a byli tacy, którzy nie doczekali się nawet brania, nie mówiąc już o tym, że sam Steve Briggs kilka tygodni wcześniej na sąsiedniej 18-stce zaliczył tylko jedno branie w ciągu 2 tygodni.
No cóż, było, minęło. Jednak reperkusje tego wyjazdu cały czas odbijają mi się czkawką. Tak bywa kiedy człowiek wymyśli sobie karpiowanie w okresie świątecznym. Parę lat temu z Zibim spędziliśmy nad Rainbow całą Wielkanoc. Nie zapomnę świątecznego śniadania pod parasolem z koszyczkiem ze święconką i cukrowym barankiem, ale z dala od rodzin, co raz na jakiś czas okazuje się jednak zbawienne dla własnej psychiki. Tym razem powrót był przed Świętami, prosto w przedświąteczne domowe zamieszanie. Człowiek nie dość, że wszystkie klamoty szybko posprzątał, brudne ubrania uprał i wywiesił do wyschnięcia na podwórku (sąsiad z politowaniem kiwał głową mrucząc pod nosem, ale tak abym usłyszał - „aleś się chłopie urządził”), powynosił jakieś słoiki do piwnicy, to jeszcze zebrał cięgi od żony za pozostawioną w przedpokoju przy lustrze ładowarkę samochodową. Co za nerwowy czas te Święta.
Łamcie wędki,
Przemysław Mroczek
„Sucha twardość na górze już zniknęła, fajnie się robi. Płynę odwiedzić sąsiadów, zwłaszcza pełnołuskiego cwaniaka, bo wiem, że schował sobie za zaś kilka kolorowych kuleczek. Mówi, że dobrze zakonserwowane, bo cały czas pachną. Wątpię czy da mi posmakować, ale to nieistotne, bo po drodze dno niego jest taki mój tajny placyk gdzie małe czerwońce się lęgną. Trzeba się nieźle napracować żeby się nimi najeść, ale za to jak smakują. Wąsy lizać! No to płynę. Aha, byłbym zapomniał. Stara legenda głosi, że to tej porze suszaki siedzą stadnie w domach i jedzą jaja. W to jeszcze mogę uwierzyć, ale to, że oblewają się mokrością jest na pewno absolutną bujdą. To bul, bul.. Alleluja”.
Felek P.
Czytaj wpis
Klamoty karpiowe
Seria topowych kołowrotków Shimano typu big pit nazywa się Aero Technium. Składa się z 3 modeli: XT-B, MgS XS-A, oraz XS-B.
więcej »
Wiadra do przenoszenia czy przechowywania zanęty lub kulek są stałym elementem wyposażenia karpiarza. Najczęściej jednak po zużyciu ich zawartości, puste plastikowe wiaderka tylko zawadzają, nie pełniąc żadnej funkcji.
więcej » 
data dodania: 2010.07.09 09:10:59
W numerze masa atrakcji, m.in. pojawia się tekst naszego nowego współpracownika, znakomitego karpiarza z Niemiec Marcusa Pelzera. „Powrót nad rzekę" to relacja z rzecznych wypraw Marcusa, głównie nad Mosellę. Z kolei słynny Steve Briggs pisze o Efekcie kamuflażu, czyli jak przechytrzyć ostrożne karpie. W stałych rubrykach KM znajdziecie też nowości sprzętowe firm: Anaconda, Atomic Tackle, Atrix, Cormoran, Daiwa, Dragon, Dynamite Baits, Fish Point, Fox, Karp Fan, Natural Bait, NG Polska, Pelzer, Tandem Baits i Traper. Będzie też coś dla miłośników konkursów. Tym razem konkursy Fish Point, Aller Aqua i Grand Cyprinus.
wiecej »