MENU
Jesteś tutaj: Strona głównaAktualnościJesteśmy piratami, czyli karpiowanie z łodzi na rz ...

Jesteśmy piratami, czyli karpiowanie z łodzi na rzece Rodan. Opowiadanie

Dodano: 14.06.2017 11:17
wystaw ocenę:
12345
Jesteśmy piratami, czyli karpiowanie z łodzi na rzece Rodan. Opowiadanie
Piraci kojarzą się nam z okrętami, dalekomorską przygodą, wzburzonym morzem i skrzyniami pełnymi złota. Czy kiedykolwiek myśleliście o tym, by spróbować zasmakować czegoś podobnego? Ja, tak! Zawsze miałem piracką duszę. Marzyłem o życiu z dala od lądu. Urodziłem się jednak w nieodpowiednich czasach.


Wypaliliśmy się. Łowienie karpi z brzegu, na dobrze znanych wodach, stało się nudne. Potrzebowaliśmy nowych wyzwań. Prawdziwej, karpiowej przygody. Chcieliśmy być niczym stare wilki morskie, które oprócz łowienia ryb, doświadczają czegoś innego. Z serialu z 1971r., opartego na powieści Jacka Londona „Wilki morskie”, zapamiętałem taki fragment: „Życie jest ekscytujące, kiedy wisi tylko na jednym włosku. Człowiek jest tylko pionkiem w rękach przyrody, a życie to najcenniejsza rzecz, jaką możesz stracić. Im większe niebezpieczeństwo, tym bardziej ekscytujące!”. I takiej właśnie ekscytacji, od samego początku naszej nowej wyprawy, chcieliśmy doświadczyć.



Pirat musi mieć statek
Przed wyprawą musieliśmy zdobyć łódź. Tak się złożyło, że znany sumiarz Patrick Gölzer, sprzedawał sprawdzoną łódź z włókna szklanego Boston Whaler. Mogliśmy więc ruszać w drogę. Pierwsza wyprawa nad francuską Mozelę miała miejsce w maju 2015 roku. Przywitała nas trwająca dwie doby ulewa i podnoszący się poziom wody. Nie poddaliśmy się. Bez wyzwań wyprawa byłaby nudna. Jednak zbyt duża ilość zanieczyszczeń, niesionych z silnym prądem rzeki, nie pozwalała nam łowić. Udaliśmy się do miasta Metz. Łódź zacumowaliśmy przy murze starego kościoła. Kilka lat wcześniej Max Nollert napisał artykuł o tym miejscu. 



Sądziliśmy, że karpie opuszczają główne koryto rzeki, kierując się na nieco spokojniejszą wodę znajdującą się w obrębie miasta. Mieliśmy rację. W niedługim czasie zaczęliśmy holować rybę za rybą. 
Kolejna wyprawa odbyła się w czerwcu. Kiedy przybyliśmy na miejsce, okazało się, że ryby są w trakcie tarła. Mimo to, dzięki jasnym pop-upom, udało nam się złowić jedną czy dwie karpiowe mamuśki. Nasze zestawy karpie znalazły przy brzegu, tuż pod krzakami. Okazało się, że żerowały na ikrze odbywających tam tarło leszczy. Zaledwie rok później, na jednym ze swoich filmów na YouTube, Christopher Paschmanns powiedział: „Bar z kawiorem już otwarty!” Jemu to zjawisko też było znane. 



Nasza największa przygoda zaczęła się latem 2015 roku 
Każdy nasz ruch na łodzi przypominał pracę dobrze naoliwionej maszyny. Nauczyliśmy się z Aleksem funkcjonować niczym prawdziwie zgrany zespół. Wyprawa nad Mozelę była dobrym treningiem, szukaliśmy jednak nowego wyzwania. Olbrzymi i niezbadany jeszcze obszar już na nas czekał. Po wielu dniach przeglądania francuskich stron internetowych, znaleźliśmy strzępki informacji mówiące o tym, że ok. 50 lat temu złapano w tej wodzie, czyli w Rodanie, bo to był nasz nowy cel, karpia powyżej 30 kg. Ryba wpadła w sieci miejscowych rybaków. Wyglądało na to, że do tej pory żaden profesjonalny karpiarz tam nie łowił. Dlaczego? Latem 2014 r., podczas kręcenia mojego pierwszego DVD „Dzikie rzeki”, próbowałem łowić na tej wodzie z brzegu, ale bez żadnych efektów. Postanowiłem, że następnym razem mógłbym spróbować łowić z pontonu. 

Zaplanowana wyprawa musiała zostać sfilmowana. Potrzebowałem kamerzysty, który - tak jak Aleks i ja - byłby gotowy na taką przygodę. Po kilku telefonach na wyprawę zgodził się Luis Niedergassel. Jak zawsze tygodnie tuż przed wyjazdem dłużyły się niemiłosiernie. Trzeba było wszystko zaplanować i dopiąć na ostatni guzik. Ilość sprzętu należało ograniczyć do minimum. Dla bezpieczeństwa zapakowaliśmy namioty, na wygodne łóżka nie starczyło już jednak miejsca. Było go tak mało, że Luis zmuszony był spać na pontonie. Dwa takie pontony były nam potrzebne do transportu sprzętu. 



Dzika delta Rodanu w Camargue
Pisząc o delcie Rodanu mam na myśli ostatnie kilometry rzeki, zanim jeszcze wpadnie do Morza Śródziemnego, w okolicach Port-Saint-Louis-du-Rhône. Tuż po przyjeździe, musieliśmy zdecydować, gdzie bezpiecznie zaparkować samochód z przyczepką. Zdecydowaliśmy się na dość drogi, ale monitorowany parking. Przyjechaliśmy wcześnie rano. Na miejscu czekały na nas komary z Camargue. Na szczęście swoją aktywność zaczynają wieczorem i kończą rano. W ciągu dnia chowają się w ziemi. Zwodowaliśmy łódź i popłynęliśmy w dół rzeki, w stronę morza.



Następnie wróciliśmy do promu w pobliżu Salin-de-Giraud. W tym miejscu chcieliśmy łowić. Pierwsze wrażenie było niesamowite. W niektórych miejscach brzegi były całkowicie zarośnięte - do tego stopnia, że drzewa leżały nawet trzydzieści metrów od brzegu. Woda „gotowała” się od ryb – spławiały się wszędzie. Sumy ścigały mniejsze ryby, a karpie wyskakiwały z wody niczym delfiny. Zaobserwować można było wiele gatunków ptaków. Obok nas przeleciało nawet kilka flamingów. To było niesamowite. Zacumowaliśmy łódź pośrodku prawdziwego „pola minowego”. Jednak tam, gdzie są drzewa, z pewnością są i karpie.


 



Pierwszy rzut był sukcesem, tak jak i każdy następny. To był prawdziwy wędkarski raj! Pierwszy mały karp pełnołuski wziął po zachodzie słońca. Do samego rana mieliśmy brania. Ryby były jednak trudne do wyholowania. Nie mogliśmy też ignorować prądu rzeki. Zdecydowaliśmy się przenieść wyżej, cumując w pobliżu fabryki soli. Znajdowała się tam duża zatoka, w której prąd nie był aż tak silny. Ja przecierałem szlaki, zaś Aleks płynął dużą łódką za mną. Był to jedyny sposób na przedostanie się przez zatopiony las. Mimo zachowania ostrożności, śruba silnika parę razy uderzyła w drzewo – nieźle nas to wystraszyło. 





Karpiowe eldorado

Pachniało tu rybą na kilometr. Holowaliśmy rybę za rybą. Luis bawił się wędką sumową, do której mocował zestaw z koszyczkiem, by łowić karpie tuż przy łodzi. Problemem była wielkość tego, co łowiliśmy. Nie udało nam się złowić karpia powyżej 12 kg. W naszym miejscu pływało zbyt dużo małych ryb. Zmuszeni byliśmy szukać większych karpi na granicy szybkiego nurtu. Przygotowałem dwa zestawy z obciążeniem, w postaci dużych kamieni, kładąc je na krawędzi nurtu, który opadał do 10 m. Następnego ranka okazało się jak silny jest Rodan. Nawet największe kamienie zostały przesunięte, a wędki mocno wygięte. 



Tonący statek 
Siła, z jaką wiatr wiał pierwszego dnia, bardzo nam odpowiadała. Zazwyczaj w tym rejonie trzeba liczyć się z silną morską bryzą. Wkrótce i nam, na własnej skórze, przyszło doświadczyć niszczycielskiej siły przyrody. Gdy obudziłem się rano, zakotwiczona łódź bujała się z boku na bok, a wiatr uderzał w namiot. Niezwłocznie sprawdziliśmy pogodę, by móc ocenić nasze możliwości w starciu z żywiołem. Na kolejne dni zapowiadano burze. Musieliśmy znaleźć bezpieczne miejsce do schronienia się przed wiatrem. Fale z minuty na minutę stawały się coraz większe. Zaczęło się robić niebezpiecznie. Wypłynęliśmy z zatoki, kierując się w stronę głównego nurtu rzeki. To, co miało stać się za chwile, sprawiło, że poziom adrenaliny w naszych organizmach przekroczył skalę. Alex chcąc schować się za wyspą skierował łódź w stronę morza. W tym momencie dwie olbrzymie fale zalały dziób. Poszybowaliśmy w górę, a następnie bardzo szybko w dół. Zaczęliśmy się bać o życie. Łodzie były przeciążone. Przywiązane do nich i tak ciężkie pontony, zaczęły nabierać wody. Ciężar całego ekwipunku spowalniał nas tak bardzo, że w każdej chwili mogliśmy pójść na dno. Niesamowite jest to, jak olbrzymie fale mogą się pojawić na Rodanie. My byliśmy w samym środku tego wszystkiego.

Wiedzieliśmy, że w tych warunkach nie zdołamy dopłynąć do wyspy. Pojawiła się kolejna, olbrzymia fala, która zakręciła sterem, obracając łódź. Kolejna, tym razem krótka fala, spowodowała, że łódź obróciła się o 90 stopni. Następna trafiła w burtę, prawie nas przewracając. Myślę, że iBoat 320 ochronił nas przed najgorszym. Pompy w zęzie pracowały na maksymalnych obrotach. Ja wskoczyłem do pontonów i zacząłem wylewać z nich wodę. Zaczęliśmy spływać Rodanem z falami. Przynajmniej uchroniło nas to przed nabieraniem coraz większej ilości wody. 

Kanał żeglowny 
Wybawieniem okazał się kanał żeglowny, który wykorzystują największe jednostki w przedostaniu się do Morza Śródziemnego. Tutaj fale nam nie zagrażały. Przymocowaliśmy łódź do dużego metalowego słupa, by móc w spokoju ocenić sytuację. Żartując powiedziałem: „Chłopaki, w tym kanale są wielkie ryby z Rodanu!”. Nie minęło pięć minut, gdy Luis zobaczył spław dużego karpia w pobliżu łodzi. Zarzuciliśmy wędki. Po piętnastu minutach odezwał się pierwszy sygnalizator. Ryba walczyła z niewiarygodną siłą. Szkoda, że linka pękła, zahaczając o zardzewiały słup. Wkrótce Alex miał swoją drugą szansę. W hol ryby włożył całą siłę, za co został nagrodzony prawdziwym „złotem Rodanu”. Byliśmy w siódmym niebie. Wysiłek całej drużyny został nagrodzony. W końcu, pomimo przeszkód, udało się. 



Tekst i fot. Julian Jurkewitz

Tekst pochodzi z „Karp Maxa” 3/2017

GALERIA

  • Jesteśmy piratami, czyli karpiowanie z łodzi na rzece Rodan
  • Jesteśmy piratami, czyli karpiowanie z łodzi na rzece Rodan
  • Jesteśmy piratami, czyli karpiowanie z łodzi na rzece Rodan
  • Jesteśmy piratami, czyli karpiowanie z łodzi na rzece Rodan
  • 05
  • 06
  • 07
  • 08
  • 09
  • 10
  • 11
  • 12
  • 14
  • 15
  • 16
Jeżeli chcesz nas poinformować o ważnym wydarzeniu pisz: redakcja@karpmax.pl.

KOMENTARZE

Możesz komentować bez logowania.
usuńODPOWIADASZ NA:
max 1000 znaków (0)
max 60 znaków (0)
Wydawca portalu nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.
Komentarze zniesławiające lub mogące naruszać dobra osobiste osób trzecich grożą odpowiedzialnością karną i cywilną.
Chcesz być powiadamiany o nowych komentarzach w tej dyskusji?

Obserwuj nas

© 2015 KarpMax
Wszelkie prawa zastrzeżone
tworzenie stron www: PERSABIO
© 2016 KarpMax
Wszelkie prawa zastrzeżone
zamknij

ZALOGUJ SIĘ

Zapamiętaj mnie
zaloguj się przez swoje konto na facebooku
facebook
Nie masz konta, zarejestruj się: REJESTRACJA
zamknijMENU