MENU
Jesteś tutaj: Strona głównaAktualnościNa czarnego amura do Chin – relacja z wyprawy za W ...

Na czarnego amura do Chin – relacja z wyprawy za Wielki Mur

Dodano: 25.09.2019 11:59
wystaw ocenę:
12345
Na czarnego amura do Chin – relacja z wyprawy za Wielki Mur

Enrico Parmeggiani za cel kolejnej wyprawy obrał Chiny. Postanowił złowić czarnego amura. Zapraszamy do przeczytania pierwszej części tej niesamowitej przygody, którą czytelnicy "Karp Max" znają z numeru 3/2019.


Powiedzmy to otwarcie – każda dyscyplina wędkarska to wspaniały sport (no... prawie każda). Każdy z nas ma swoje powody, dla których pasjonuje się wędkarstwem muchowym, spinningowym, rzutowym itp. W swoim życiu próbowałem różnych metod łowienia. Podczas wielu podróży łowiłem najdziwniejsze gatunki ryb, jakie można sobie wyobrazić, ale na końcu zawsze wracałem do korzeni. Cały wysiłek kierowałem ku prawdziwej i jedynej pasji – karpiowaniu. 

W nowoczesnym wędkarstwie karpiowym jest coś, pewien rodzaj uczucia, którego nie doświadczyłem podczas łowienia innych gatunków ryb. Myślę, że wynika to z tego, że łowienie karpi przypomina polowanie. Tysiące różnych zmiennych i wypalające mózg myśli, z którymi musimy się zmierzyć, aby zrozumieć nową wodę lub wyholować karpia naszych marzeń (co dla mnie nie musi oznaczać od razy pytania o wagę).  Dla wielu ludzi może to się wydawać czymś niezbyt prostym i zabawnym. Jednak dla mnie i jak sądzę dla większości z nas, jest tym, co pozwala przeczekać niezliczoną liczbę godzin za wędkami i myśleć o tym, jak zwiększyć swoje szanse w przyszłym sezonie. Karpiowanie to taka metoda, którą można stosować na wiele różnych sposobów. Dzisiaj jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że żyjemy w świecie, w którym podróżowanie jest tak łatwe jak nigdy wcześniej. Możemy więc spotykać się i wymieniać doświadczenia z ludźmi z każdego końca ziemi. I wiecie co? Karpie pływają prawie w każdym krańcu tej planety! Ponieważ jestem mocno uzależniony od podróżowania, odkryłem w ostatnich latach, że karpiowanie jest wspaniałą wymówką, aby spakować swoje bagaże i wskoczyć do samolotu za jakąś przygodą. Dzięki takiemu podejściu można zdobyć wiele doświadczeń, które będą pomocne podczas zwykłego łowienia w okolicach miejsca zamieszkania. Odmienne podejście jest efektem niespodziewanych okoliczności, a to zmusza nas do nieszablonowego myślenia, do robienia tego, o czym nigdy byśmy nie pomyśleli podczas wygodnego łowienia na znanych łowiskach. 




Dla mnie Chiny stały się największym i najdłuższym wyzwaniem, z jakim miałem do czynienia podczas wędkarskiej drogi. Łowienie karpi i ryb z nimi spokrewnionych oraz czas spędzony w odmiennej kulturze jest chyba najcenniejszym wspomnieniem. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Chiny, nie myślałem w ogóle o łowieniu karpi, tzn. właściwie myślałem, ale w nieco odmienny sposób. W tym czasie zajmowałem się opracowywaniem produktów dla dużej firmy wędkarskiej i ze względu na to dość często odwiedzałem Chiny. 

Po paru latach podczas jednej z podróży wygospodarowałem nieco wolnego czasu i pewnego poranka postanowiłem odwiedzić jeden z największych sklepów wędkarskich w mieście Hangzhou. Jeśli dobrze pamiętam było to wiosną 2012 r. i nadal doskonale pamiętam ten poranek. Widok twarzy kierownika sklepu i jego dwóch pracowników, którzy zobaczyli nie-Chińczyka spacerującego po sklepie, był bezcenny. Wszyscy chcieli robić ze mną zdjęcia i choć nie znali w ogóle języka angielskiego, robili wszystko, co mogli, aby się porozumieć i porozmawiać o łowieniu ryb. Naprawdę zabawne doświadczenie. Po krótkiej integracji z obsługą mogłem pobuszować po półkach i zobaczyć, co wysoko oceniany chiński sklep wędkarski ma do zaoferowania. Ku mojemu rozczarowaniu nic interesującego: zanęty, zalewy, tyczki i spławiki (niektóre ręcznie wykonane spławiki kosztowały ponad 100 euro każdy!). W ten sposób łowi ryby 99% Chińczyków, a pozostali łowią trochę na spinning lub z gruntu na kołowrotki o stałej szpuli. 



Oczywiście rzeczą interesującą było zobaczyć wszelkie różnice i szczegóły, których używali do budowy zestawów i wszelkie małe akcesoria związane z łowieniem na tyczki. Jednak szczerze mówiąc, spodziewałem się czegoś więcej. Szukałem zestawów na większe ryby i zdumiałem się, gdy zobaczyłem w sklepie odrębne miejsce ze sprzętem do połowu „okazów”. Jednak znów były tam same tyczki i spławiki. Po prostu większe i mocniejsze wersje przeznaczone do połowu dużych karpi. Tutaj już 5-kg karp uznawany jest za całkiem dużego. 



Po wypiciu z kierownikiem sklepu tradycyjnej zielonej herbaty nadszedł czas na opuszczenie sklepu. Tuż przed wyjściem moją uwagę zwróciło stare zdjęcie pokryte kurzem, na którym kierownik sklepu trzyma olbrzymią rybę przypominającą amura. Zdjąłem to zdjęcie ze ściany i wróciłem do tego człowieka, starając się zapytać, co to za ryba. Zanim to zrobiłem, uśmiechnął się do mnie i powiedział „QING YU”, co było chińską nazwą tej ryby. Na szczęście w międzyczasie do sklepu przyjechał pewien młody chłopak, który chciał kupić trochę zanęt. Dzięki Bogu mówił po angielsku. Tłumacz załatwiony. Okazało się, że rybą tą był amur czarny. Zdziwiłem się, kiedy kierownik sklepu powiedział, że rejon między Hangzhou a Szanghajem jest najlepszym rejonem w całych Chinach do połowu tej ryby. Amur czarny jest mięsożercą spokrewnionym z karpiem, który żeruje praktycznie tylko na ślimakach, małżach i wszelkiego rodzaju skorupiakach i występuje w tych samych typach wód. Byłem więc podwójnie zmotywowany: jeśli będę miał sprzęt i znajdę miejsce, gdzie będę mógł łowić karpie, będę miał również szansę na złowienie „QING YU”. Jedynym problemem było to, jak ją złowić. 



Znacząca większość chińskich wędkarzy łowi tylko na tyczkę i spławik przy użyciu zanęty i pelletów. Dlatego też nie łowią oni okazów, gdyż nie są ich celem. Jednak nie oznacza to przecież, że nie ma tam dużych ryb. Poczułem się wtedy jak małe dziecko tuż przed Bożym Narodzeniem i w mojej głowie pojawiło się tornado pomysłów, co zrobić, aby móc złowić choć kilka takich ryb. 

W ciągu następnego roku poświęciłem bardzo dużo czasu na szukanie miejsca, gdzie mógłbym spędzić kilka dni na łowienie i w tym samym czasie starałem się nawiązać znajomość z miejscowymi wędkarzami (w większości właścicielami sklepów), którzy znali się nieco na łowieniu okazów. W tamtym czasie latałem do Chin co drugi miesiąc, więc nie miałem problemów w nawiązaniu kontaktów. Pewnego dnia mogłem odwiedzić kolejny sklep wędkarski. Pierwsze wrażenie było złe: bardzo mały i zagracony. Gdy jednak wszedłem do środka, od razu zorientowałem się, że to było właściwe miejsce. Ściana za ladą była pokryta zdjęciami dużych karpi pełnołuskich (niestety wszystkie były martwe) oraz kilku dużych amurów czarnych, więc powiedziałem do siebie: „to mój człowiek”.



Dzięki pomocy jednego z moich chińskich partnerów, który mi towarzyszył, zaprosiłem pana Qi na obiad, aby porozmawiać o wędkarstwie i wymienić się doświadczeniami. Podczas gdy w sklepie pan Qi był raczej milczący i nie chciał dzielić się zbyt wieloma informacjami, to zmienił się całkowicie, gdy tylko usiedliśmy przy stoliku w restauracji i pokazałem mu w telefonie kilka zdjęć dużych europejskich karpi. Po prostu oszalał, kiedy w telefonie przewijałem kolejne zdjęcia, gdyż w ciągu całego życia nie widział tak dużych karpi. Oczywiście chciał dokładnie dowiedzieć się jak łowimy te ryby. Trudno sobie wyobrazić jego minę, kiedy powiedziałem mu, że nie nakładamy przynęty na haczyk. Po prostu nie mógł w to uwierzyć i niemal się zdenerwował, gdyż sądził, że żartuję sobie z niego.



Na szczęście miałem kilka zdjęć przyponów oraz karpi położonych na macie z haczykiem w pysku. Mogłem jakoś rozwiązać problem tego międzykontynentalnego niezrozumienia. Kiedy po godzinie wyjaśniłem mu, jak łowimy karpie, rzekł mi tylko: „To interesujące, ale jestem pewien, że europejskie karpie są głupie i dlatego możecie je łowić na haczyk bez przynęty. Tutaj karpie są bardzo mądre i podejrzliwe, dlatego będę łowił je na swój sposób”. „No dobrze, ale teraz jest czas, abyś opowiedział mi o tym, jak tutaj łowi się karpie i czarne amury”– odpowiedziałem. Szczerze mówiąc byłem bardziej zainteresowany historią o czarnych amurach, gdyż ryba ta była dla mnie czymś nowym i bardzo chciałem mieć jej zdjęcie w swoim albumie. Jeśli chodzi o karpie, to zupełnie się nie martwiłem, trochę zanęty i kukurydza z puszki powinny się sprawdzić. Problemem było znalezienie wody, w której nie stawia się regularnie siatek, co ma miejsce na większości małych jezior, kanałów i rzek. Niestety w Chinach nie ma praktycznie przepisów dotyczących łowienia ryb w wodach śródlądowych. Tam, gdzie dozwolenie jest łowienie ryb, nie ma minimalnych wymiarów, brak jest okresów ochronnych związanych z tarłem, a dowolna osoba może kupić nawet dużą sieć i łowić nią kiedykolwiek, gdziekolwiek i tak dużo jak chce. Dlatego też w większości miejsc nie ma większych ryb. 



Wróćmy jednak do tej nieznanej ryby. Dosłownie QUING YU oznacza „czarną rybę”. Podczas kolacji udało mi się uzyskać sporo interesujących informacji. Ryby te rosną do 170 cm długości i prawie 100 kg wagi. Mówimy więc tutaj o dość poważnej sprawie. Pan Qi objaśnił mi w szczegółach swój sposób łowienia czarnych amurów i nie różniło się to zbytnio od sposobu, w jaki łowiliśmy karpie, zanim nasi brytyjscy przyjaciele wymyślili przypon włosowy. Łowisko zanęcone sporą ilością zanęty na kilka dni przed łowieniem, pellety na bazie mączek ze ślimaków i małż oraz gotowana kukurydza. Na tak zanęcone miejsce podczas łowienia stosuje się jako przynęty bardzo śmierdzącego ciasta, którym oblepia się haczyk. Nie ma znaczenia, czy na drugim końcu zestawu znajdzie się karp pełnołuski czy też amur czarny. Według pana Qi, jedynie aby łowić czarne amury, trzeba stosować to, czego używali od wielu lat miejscowi guru – świeżych ślimaków jako przynęty. Niestety, jest to przynęta bardzo selektywna i po jej założeniu przez większość czasu nic się nie dzieje i nie ma brań, wyjaśnił pan Qi. Kolacja była udana. Teraz miałem już kontakt do pewnego miejscowego wędkarza i udało mi się zebrać ważne informacje. Jeden z elementów układanki został rozwiązany.



Kilka miesięcy później udałem się w czwartą podróż do Chin i byłem już gotów do pierwszej chińskiej zasiadki. Zupełnie nie wiedziałem, czego się mam spodziewać, ale podniecenie sięgało szczytu. Dzień przed wyprawą na ryby poszedłem do miejscowego sklepu, aby kupić specjalną zanętę i pellety na czarne amury oraz na miejscowy targ, aby kupić trochę słodkowodnych ślimaków i kilka puszek kukurydzy. Sprzęt był przygotowany, gdyż podczas moich poprzednich podróży udało mi się zebrać trochę podstawowego (bardzo podstawowego) sprzętu, a kołowrotki i pudełko z akcesoriami woziłem ze sobą w walizce. Dzięki pomocy jednego z chińskich przyjaciół miałem dostęp do pewnego jeziora w parku, które było wyjątkowo wykorzystywane do rozgrywania zawodów wędkarskich. Ładne jezioro o okrągłym kształcie z systemem kanałów, które tworzyły niekończący się labirynt setek kilometrów w tym rejonie.




Dobrze, jestem nad jeziorem, sprzęt jest ustawiony i już po kilku rzutach znalazłem ciężarkiem miejsce, gdzie miałem łowić. Miałem tylko 8 godzin na łowienie, gdyż potem strażnik parku zamykał bramę i musiałem opuścić to miejsce. Za pomocą rakiety zanętowej zanęciłem miejsce, które wyglądało na obiecujące. Kilka metrów od przeciwległego brzegu w głębszym miejscu z gliniastym dnem i kilkoma zwisającymi wokół drzewami. Nadszedł czas na przygotowanie zestawów, ale nie miałem pojęcia, jak zaprezentować moje przynęty. Jeden zestaw był dość prosty – łowienie karpi przy brzegu na kukurydzę. Dwa pozostałe miały być na czarne amury, więc musiałem wymyślić sposób, jak założyć przynętę – słodkowodnego ślimaka. Byłem pewien, że tylko użycie samego mięsa da jakiś efekt, więc zmiażdżyłem kilka ślimaków i udało mi się uzyskać wystarczającą ilość mięsa do nawleczenia go na włos moich dwóch pozostałych zestawów. Jeden z nich tonął naturalnie, a drugi był wyważony małym kawałkiem pianki. Oba zestawy znajdowały się od siebie w odległości mniejszej niż 2 metry. Ten sam przypon, ta sama przynęta, a jedyną różnicą było to, że jedna zachowywała się naturalnie, a druga prawie jak bałwanek. Jeśli więc coś działoby się na jednej wędce, miałbym pewną wiedzę o tym, jak żerują te ryby.



Czas mijał szybko i nie mogłem oderwać wzroku od jeziora, starając się wykryć oznaki ryb w tym miejscu. Okolica była bardzo cicha i trochę straszna. Dookoła nie było żywej duszy. Zaczął padać deszcz. Usiadłem pod małą wędkarską parasolką, którą miałem ze sobą. Był to tylko lekki deszczyk i po 20 minutach niebo było znów czyste. Właśnie wtedy naprzeciwko mnie zobaczyłem duży, czarny ogon w miejscu, gdzie położone były moje dwa zestawy na czarnego amura. Wciąż pamiętam ten moment. Moje serce zaczęło walić, jakbym biegł w maratonie, byłem pewien, że coś się za chwilę wydarzy, ale niestety nic takiego nie wystąpiło przez kolejne dwie godziny. Przez głowę zaczęły przychodzić różne myśli. OK, to był amur czarny. Byłem tego pewien, gdyż wyraźnie widziałem ten duży, czarny ogon i na pewno nie był to karp. Inny był kształt, inny kolor. Ryba została zwabiona pelletami i zanętą, którą wrzuciłem kilka godzin wcześniej, ale z jakiegoś powodu nie wzięła mojej przynęty. Późnym popołudniem i krótko przed momentem, kiedy musiałem opuścić łowisko nagle szczytówka mojej lewej wędki zaczęła podskakiwać. W ciągu kilku sekund hanger zaczął skakać to w górę, to w dół i natychmiast pomyślałem, że to jakaś mała rybka, ale gdy sięgnąłem po wędkę, zaczął się pisk odjazdu. Starałem się jak najbardziej opanować, ale adrenalina zwyciężyła. To mógł być mój pierwszy czarny amur w życiu, złowiony 10 000 kilometrów od domu, po blisko dwóch latach przygotowań i dociekań. Ryba zaczęła ciągnąć w lewą stronę, wszystko było dobrze ustawione, a ja byłem przygotowany, ale po kilku sekundach żyłka poluzowała się i na końcu zestawu nie było już ryby. Byłem zdruzgotany. 



Pamiętam, że stałem z wędką w ręku jeszcze prawie 10 minut, wpatrując się w wodę. Minęła chwila, zanim zorientowałem się, co się stało i musiałem to zaakceptować. Ale w sumie na tym polega wędkarstwo, to jest częścią tej gry. Nie miałem zdjęcia do mojej kolekcji, ale zebrałem trochę więcej informacji. Próba bycia pozytywnym po takim pierwszym podejściu to jedyne rozwiązanie. Tego dnia nie miałem też brań na wędkę przeznaczoną na karpie, na której łowiłem na kukurydzę położoną na dywanie ze słodkiej zanęty i kukurydzy z puszki. Nie miałem też brania na wędkę ze ślimakiem założonym na przypon typu bałwanek. Jedyną rybę zaciąłem na prosty zestaw z mięsem ślimaka. Wiem, że z pojedynczej zasiadki nie można wyciągać poważnych wniosków, ale byłem pewien, że przynęta powinna być naturalnie zaprezentowana na dnie bez żadnych pływających pianek lub fantazyjnych dodatków, których używamy w Europie. Jedną rzecz warto tu jednak podkreślić. W Chinach nie jest znana idea „złów i wypuść”. Każda złowiona ryba niezależnie od gatunku czy wielkości nadaje się do garnka, dlatego też w wodach nie pływa zbyt wiele ryb, które byłyby jakoś szczególnie podejrzliwe względem naszych haczyków. Po prostu ryby nie mają szansy na to, aby po raz drugi być złowione. Jeśli złowisz tu jakąś rybę, to najczęściej ona nigdy nie widziała wcześniej haczyka. Z tego też względu najlepsze będą całkowicie proste i naturalne rozwiązania. 

Tekst i foto. Enrico Parmeggiani


Dalszą część opowieści znajdziecie w "Karp Maxie" 4/2019, natomiast w najnowszym numerze 5/2019, Enrico pisze o wyprawie na karpie do USA. 

 
Jeżeli chcesz nas poinformować o ważnym wydarzeniu pisz: redakcja@karpmax.pl.

KOMENTARZE

Możesz komentować bez logowania.
usuńODPOWIADASZ NA:
max 1000 znaków (0)
max 60 znaków (0)
Wydawca portalu nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.
Komentarze zniesławiające lub mogące naruszać dobra osobiste osób trzecich grożą odpowiedzialnością karną i cywilną.
Chcesz być powiadamiany o nowych komentarzach w tej dyskusji?

Obserwuj nas

zamknij

ZALOGUJ SIĘ

Zapamiętaj mnie
zaloguj się przez swoje konto na facebooku
facebook
Nie masz konta, zarejestruj się: REJESTRACJA
zamknijMENU
 
Szanowny Użytkowniku
 
Chcielibyśmy Cię poinformować, że z dniem 25.05.2018 r. ulegają zmianie przepisy, na podstawie których przetwarzane są dane osobowe. Będą one dotyczyły wszystkich użytkowników. Zmiany wynikają z istotnych przyczyn, jakie stanowi wejście w życie przepisów europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO), które nakładają na nas obowiązek dostosowania regulaminu do nowych regulacji prawnych. 
 
Co to jest RODO?
RODO to skrót od Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych, inny skrót często spotykany to GDPR (General Data Protection Regulation). Pełna nazwa aktu, który regulować będzie przetwarzanie danych osobowych to: „Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE”.
 
Główny cel wprowadzenia RODO to zmniejszenie zróżnicowania przepisów w zakresie ochrony danych osobowych między poszczególnymi krajami UE oraz zwiększenie zabezpieczeń przetwarzania i ochrony danych osobowych, tak by przepisy prawa nadążały za zmieniającą się technologią.
 
Od kiedy RODO będzie obowiązywać?
27.04.2016 r. Parlament Europejski przyjął w drodze rozporządzenia zmianę prawa o ochronie danych osobowych. Wszystkie kraje Unii Europejskiej, w tym i Polska muszą dostosować swoje prawo do nowych przepisów, które będą bezpośrednio stosowane od 25.05.2018 r.
 
Co to są dane osobowe?
Dane osobowe są to wszelkie informacje dotyczące zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osoby fizycznej. Informacja ma charakter osobowy, dopóki jest możliwe ustalenie, kogo ona dotyczy, a sama w sobie nie musi od razu określać tożsamości osoby. Muszą to być zatem informacje, które pozwalają na identyfikację, odróżnienie od innych, wskazują na osobę, jak również te informacje, które są źródłem wiedzy o osobie wyodrębnionej spośród innych osób. Warto pamiętać, że dane osobowe możemy znaleźć nie tylko w dowodzie osobistym czy paszporcie. Danymi będą również numer telefonu czy adres e-mail, a więc informacje, które często nie są chronione z należytą starannością.
 
 
Administrator danych oraz informacje kontaktowe
Administratorem danych jest Centrum Promocji Wędkarstwa Karpiowego Przemysław Mroczek; ul. Monte Cassino 6; 75-412 Koszalin. REGON: 330870429; NIP: 669-156-30-44. W sprawie swoich danych osobowych możesz skontaktować się z nami pod adresem e-mail: k.matejek@karpmax.pl
 
Cele przetwarzania oraz podstawa prawna przetwarzania
Twoje dane osobowe przetwarzamy do następujących celów:
 

Okres przez który dane będą przetwarzane
 
Komu przekazujemy
 
Prawa osoby, której dane dotyczą
Przysługuje Ci prawo dostępu do Twoich danych oraz prawo żądania ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania. W zakresie, w jakim podstawą przetwarzania Twoich danych osobowych jest przesłanka prawnie uzasadnionego interesu administratora, przysługuje Ci prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych osobowych.
Prawo do cofnięcia zgody. Cofnięcie zgody ma skutek od momentu wycofania zgody. Cofnięcie zgody nie wpływa na przetwarzanie dokonywane przez nas zgodnie z prawem przed jej cofnięciem. Cofnięcie zgody nie pociąga żadnych negatywnych konsekwencji. Może jednak uniemożliwić dalsze korzystanie z usług lub funkcjonalności, które zgodnie z prawem możemy świadczyć jedynie za zgodą. 
W zakresie, w jakim Twoje dane są przetwarzane w celu zawarcia i wykonywania umowy lub przetwarzane na podstawie zgody – przysługuje Ci także prawo do przenoszenia danych osobowych, tj. do otrzymania od administratora Twoich danych osobowych, w ustrukturyzowanym, powszechnie używanym formacie nadającym się do odczytu maszynowego. Możesz przesłać te dane innemu administratorowi danych.
Przysługuje Ci prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego, gdy uznasz, że przetwarzanie Twoich danych osobowych narusza przepisy obowiązującego prawa.
Podanie danych osobowych w celach marketingowych jest dobrowolne, natomiast podanie danych w celu zarejestrowania na portalu lub po dokonaniu zakupu w sklepiku jest niezbędne. Konsekwencją odmowy będzie brak możliwości założenia konta lub realizacji zamówienia.  
 
W zakresie, w jakim podstawą przetwarzania Twoich danych osobowych jest zgoda, masz prawo wycofania zgody. Wycofanie zgody nie ma wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, którego  dokonano na podstawie zgody przed jej wycofaniem.
 
W zakresie, w jakim Twoje dane są przetwarzane w celu zawarcia i wykonywania umowy lub przetwarzane na podstawie zgody – przysługuje Ci także prawo do przenoszenia danych osobowych, tj. do otrzymania od administratora Twoich danych osobowych, w ustrukturyzowanym, powszechnie używanym formacie nadającym się do odczytu maszynowego. Możesz przesłać te dane innemu administratorowi danych.
 
Przysługuje Ci również prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego zajmującego się ochroną danych osobowych.