MENU
Jesteś tutaj: Strona głównaAktualnościWęgierskie karpie według Arkadiusza Zaremby. Relac ...

Węgierskie karpie według Arkadiusza Zaremby. Relacja z zasiadki

Dodano: 26.02.2018 14:50
wystaw ocenę:
12345
Węgierskie karpie według Arkadiusza Zaremby. Relacja z zasiadki

Na listopad zaplanowałem ostatni wyjazd w zeszłym roku, aby spróbować zmierzyć się z tymi największymi mieszkańcami wodnych głębin. Nie bez kozery piszę głębin, gdyż zbiornik, na którym zamierzałem wędkować, to zalana wodą kopalnia węgla brunatnego, ze średnią głębokością 15 metrów, a maksymalną dochodzącą do 34 metrów. 


W zbiorniku tym nigdy wcześniej nie było mi dane łowić, a zebrane informacje pochodziły z wiadomości pozyskanych z sieci oraz ze zdawkowych relacji kolegów „po kiju”. Nie było tego dużo, więc nie liczyłem na zbyt wiele. Świadomość, że rekord łowiska znacznie przekracza 30 kg, pozwalała mi myśleć, że może i do mnie uśmiechnie się wędkarskie szczęście. Przygotowania do wyprawy zacząłem dobry miesiąc wcześniej, zaopatrując się w dużą ilość orzecha tygrysiego, który na tej wodzie jest bardzo dobrą przynętą i zanętą. Orzechy trafiły do beczki i odpowiednio przygotowane, kisły, czekając na wyjazd. 

Wczesnym rankiem zjawiamy się wraz z kompanem Marcinem nad wodą i na przywitanie, otrzymujemy informację, że obecny rekord łowiska wynosi już 35 kg z małym haczykiem – rybę złowiła czeska ekipa, która akurat pakowała się do drogi. W tygodniu poprzedzającym naszą wizytę nie złowiono zbyt dużo ryb, zdarzały się jednak rodzynki takie jak ten rekord. „Nieźle” – pomyślałem, choć chęć złowienia jakiegoś okazu nie przysłaniała mi przyjemności spędzenia tygodnia nad nową wodą. 




Na stanowisko, które otrzymaliśmy, należało się przeprawić pontonem – nie było bezpośredniego dojazdu samochodem. Zajęło nam to tyle czasu, że pierwsze zestawy – z uwagi na wcześnie zapadający o tej porze roku zmierzch – wywoziliśmy w całkowitych ciemnościach. Sondowanie i typowanie miejscówek to prawdziwe wyzwanie – stromo opadające brzegi aż do 30 metrów w dół oraz małe półki na głębokościach 8–15 metrów, na których stawialiśmy zestawy powodowały, że wędkowanie tutaj należy do „lekko ekstremalnych”. Skala trudności jest naprawdę wysoka, uważam, że jest porównywalna do słynącego z trudności francuskiego Rainbow. Dodatkowym utrudnieniem jest zakaz używania plecionek oraz ledkorów – tylko żyłki mono, co przy wielu zaczepach oraz silnych rybach zmniejszało nasze szanse. Oprócz dużych głębokości, z dodatkowych atrakcji mamy też zatopione w całości drzewa, które „stojąc” w toni, rysują na echosondzie fantastyczne obrazy rodem z trybów „demo” w najlepszych echosondach. Porządne obrazowanie dna naprawdę się przydaje.



Na początek postawiliśmy z kompanem Marcinem na nęcenie kulkami, ale przede wszystkim orzechem tygrysim – odpuszczając kompletnie pellety oraz ziarna z racji głębokości oraz ilości drobnicy w łowisku. Nie uśmiechało się nam ciągłe odhaczanie leszczy, które czasami nawet nie sygnalizowały faktu, że zawisły na haku. Przynęta – postawiłem na różne kombinacje orzecha tygrysiego z małym pop-upem lub bez, do tego plecionka przyponowa, głównie w otulinie, która zapobiegała splątaniu zestawu przy opuszczaniu na tak duże głębokości i ciężarek 300 g na klipsie, powodującym jego utratę podczas brania. 

Koniec końców, po długim pływaniu, miejscówki zostały wytypowane, zasypane, przynęty wywiezione i można było wreszcie odpocząć po podróży i braku snu. Warunki do biwakowania mieliśmy dość komfortowe. Na każdym stanowisku – pływającej platformie o powierzchni ok. 100 metrów kwadratowych przycumowanej do brzegu – znajduje się mały domek, w dość dobrym stanie technicznym, w którym można rozłożyć dwa łóżka, więc odpadało rozkładanie namiotu. Całość dopełnia małe zadaszenie na zewnątrz, które służyło nam za kuchnię polową. 



Listopad na Węgrzech przywitał nas, jak na tę porę roku, ładną pogodą. W dzień świeciło słońce, a temperatura oscylowała w granicach 12°C, nocami spadając do ok. 5°C. Jednym słowem, nic tylko łowić i łowić. Z tym, niestety, przynajmniej na początku, nie było kolorowo. Pierwsza noc oraz dzień nie przyniosły nam nic, a dopiero późnym wieczorem sygnalizator na mojej wędce zawył wspaniałą melodię, informując o tym, że pierwszy mieszkaniec wody połakomił się na 3 orzeszki tygrysie. Rybę oczywiście holowaliśmy z pontonu i po dopłynięciu do miejsca skąd wzięła, a był to dystans około 200 m, rozpoczęła się ostra walka.



Był to bardzo emocjonujący hol – ostatni raz takie wyzwanie miałem, wędkując we Włoszech na Jeziorze Bolsena. Tamtejsze karpie, identycznie jak te tutaj, po podciągnięciu dwa metry pod powierzchnię, nagle zaczynały pikować prosto do dna. Wędka była wygięta do granic możliwości, do tego stopnia, że było czuć, jak blank ugina się do rękojeści kołowrotka. Całe szczęście, że zastosowanie strzałówki 0,60 mm dawało nadzieję na udany hol. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po dobrych kilku minutach naszym oczom ukazał się golec w granicach 13–14 kg. Byłem nawet trochę zawiedziony i z tego wszystkiego nawet go nie zabraliśmy do ważenia. Holując go liczyłem na 20+, ale jak to mówią „nie waż ryby na wędce, bo możesz się zdziwić”. Przestałem ważyć ryby będące w wodzie i oddawałem się wielkiej przyjemności płynącej z długich i zaciekłych odjazdów ryb na hamulcu, spływających coraz głębiej i głębiej – fantastyczne uczucie.



Kolejne cztery dni minęły nam dość monotonnie, na holach pojedynczych, niezbyt dużych ryb. Jedyny wyjątek uczynił nam kolorowy, piękny pełnołuski karp Marcina, który wygiął strzałkę wagi do pozycji 17,5 kg. Szalone hole z nawiązką rekompensowały nam brak okazów. Na bieżąco dosypywaliśmy żarcie do naszych miejscówek, głównie orzechy tygrysie. Staraliśmy się to robić dość oszczędnie, mimo że na kamerze podwodnej, którą opuściliśmy na dno miejscówki, było ewidentnie widać, że ryby wyjadają nasze smakołyki. Zresztą, potwierdzeniem tego faktu były także same ryby, które regularnie brudziły resztkami kulek i orzechów naszą matę podczas ważenia. 



Kiedy pogodziliśmy się już z tym, że szału z dużymi rybami tym razem może nie być, nadszedł piątek, przedostatni dzień wyprawy. Nadmienię jeszcze, że dzień wcześniej, podczas wieczornego przewożenia zestawów, postanowiłem całkowicie zaniechać sypania kulkami, ograniczając się tylko do orzechów. Dodatkowo, jedną z wędek postanowiłem przestawić 10 metrów od dotychczasowego nęciska, w miejsce, gdzie znalazłem małą wyrwę w opadającym stoku. Trudność polegała na tym, iż ta półeczka była zdecydowanie typu „mini” i celne położenie zestawu stanowiło dość duże wyzwanie. Całe szczęście na wodzie panowała praktycznie flauta, więc dałem sobie z tym jakoś radę.




Jest piątek, godzina 7 rano, krzątamy się na pomoście, który przez ostatnie parę dni był naszym stanowiskiem, porządkując powoli graty, aby jutro nie tracić czasu na pakowanie. W tym momencie jeden z moich sygnalizatorów przy wędce ustawionej wzdłuż brzegu – skąd miałem już brania małych ryb – odezwał się po raz kolejny. Tym razem nie była to jakaś szybka melodia, lecz dość powolny, ale stanowczy wyjazd żyłki z kołowrotka. Szybka reakcja, przycięcie i wskakujemy w ponton. Ryba nie stawia wielkiego oporu, momentami płynęła nawet w naszą stronę i to dość szybko, ledwie nadążałem zwijać żyłkę. Po dotarciu do połowy odległości od wywiezionego zestawu, nagle pojawił się przypon strzałowy, a chwilę później pod powierzchnią zamajaczył cień ryby. Byłem przekonany, że to kolejny maluch, a korzystając z okazji, że ryba napłynęła na ponton od strony dziobu, gdzie się usadowiłem, zabrałem podbierak z rąk Marcina i za pierwszym razem podebrałem karpia, jak tylko ten wystawił pyszczek nad wodę. Ryba w podbieraku i konsternacja – przecież ona ma ponad metr długości! Sam nie wiem, kto był bardziej zdziwiony – czy karp, który w jakiś tylko sobie wiadomy sposób wyszedł bez walki, czy też my w pontonie, zadziwieni obrotem sprawy. Jeszcze nigdy nie wyholowałem ryby 23 kg – bo tyle w końcu ważyła – w tak ekspresowym tempie. Po sesji zdjęciowej ryba wraca do wody, a ja w znakomitym humorze robię śniadanie. Zaliczyłem dużą sztukę, więc będzie miło wracać do domu. 



Po południu tego samego dnia ok. 15, ze względu na ogromny ziąb, postanawiam wstawić sobie grzańca. Gorące piwo z sokiem i przyprawami miało mnie rozgrzać… No i rozgrzało. Ledwie odpaliłem kuchenkę gazową, a na wędce, którą wcześniej przestawiłem o te 10 metrów w prawo, słychać jeden pik w dół – cisza. Za chwilę pik w górę – cisza. Szczytówka mojego 3-funtowego Trapera delikatnie zdawała się uginać. Leszczyk albo coś całkowicie przeciwnego, myślę sobie.

Szybka decyzja, wsiadamy w ponton i płyniemy 250 metrów przed siebie. Powoli nawijam żyłkę na kołowrotek, czując tylko tępy, jednostajny opór jak przy zaczepie. Po napłynięciu na stanowisko, skąd było branie, zaczyna się walka na całego. Ryba, która zdążyła już spłynąć na 25-metrową głębię, po podciągnięciu pod powierzchnię jakieś 2–3 metry, pikowała w dół, ale inaczej niż zwykle. Robiła to powoli, dostojnie, jakby wcale nie przeszkadzał jej haczyk tkwiący w pyszczku. Powtarzało się to bez końca, ręce mdlały, bałem się, że nic z tego nie będzie i w końcu zawiedzie jakiś element zestawu, albo po prostu ryba zepnie się z haka. Po 20–25 minutach tych zapasów, rybka pierwszy raz puściła bąble powietrza, by po chwili skapitulować. Kiedy wynurzył się łeb tego potwora, dosłownie zamarłem i wycedziłem tylko przez zaciśnięte zęby: „Marcin, błagam cię, podbierz go…” No i podebrał, a waga na brzegu wskazała 27,5 kg!




Zakręciło się mi w głowie ze szczęścia, bo właśnie pobiłem własny Personal Best. Nie napiszę, że spełniłem w tym momencie własne młodzieńcze, wędkarskie marzenia. Kiedy byłem dzieciakiem nie miałem pojęcia, że istnieją tak wielkie karpie. W każdym razie, po całej operacji związanej z holem, ważeniem i sesji zdjęciowej miałem dość. Byłem w 100% spełniony wędkarsko i mogłem wracać do domu. Jak się okazało, warto było jednak zmienić miejscówkę, nawet w ostatniej chwili. Wędki, na którą złowiłem to pełnołuskie monstrum, nie chciało mi się już nawet wywozić, zaproponowałem partnerowi, aby łowił także na moje pozostałe wędki, bo już lepiej być nie może. Grzecznie odmówił, a dodatkowo zmotywował mnie na jeszcze jedną wywózkę, aby ta wędka nie stała przez noc bezczynnie. Cóż miałem robić, skoro kolega nalegał? No, to wywiozłem. 



Nad ranem, kiedy mijało dokładnie 24 godziny od pierwszego holu 23-kg pełnołuskiego, na wędce, skąd „wyjechało” moje nowe PB, następuje powtórka z rozrywki. Tym razem dla odmiany pik w górę – cisza. Pik w dół – cisza. Chyba mam déjà vu. Tnij to, słyszę z tyłu – to może być znów jakiś „konik”! Z niedowierzaniem podnoszę wędkę i płyniemy w to samo, co 12 godzin wcześniej, miejsce. Znów, jak w jakimś magicznym śnie, wszystko się powtarza. Szalone odjazdy, gwizd kołowrotka, świst żyłki i coraz bardziej zmęczone ręce. Momentami, kiedy to „coś” na końcu zestawu murowało do dna, nie pozwalając się ruszczyć ani o centymetr, zamykałem oczy i trzymając wędkę starałem się maksymalnie wczuć w swoją rolę, aby nie popełnić jakiegoś błędu. Z letargu „budził” mnie tylko terkot kołowrotka. Po najdłuższym podczas naszej zasiadki i chyba najdłuższym w moim życiu holu, podbieramy rybę, tym razem dla małej odmiany, wspaniałego golca. Jestem tak zmęczony, że nie mam nawet siły się cieszyć. Szybkie ważenie, strzałka wagi zatrzymuje się na 25,5 kg, a mój wspaniały sen trwa nadal. Teraz tylko parę fotek, ale dosłownie parę, bo nadgarstki są już tak zmęczone, że trzęsą się jak osika. Chyba muszę popracować nad formą fizyczną na następny rok albo przerzucić się na płotki… Czas wracać.



Ostatni wyjazd w tym roku był fantastyczny pod każdym względem: dopisało towarzystwo, pogoda i oczywiście ryby. Siedząc teraz w ciepłym pokoju, kiedy za oknem zacina deszcz, myślę sobie, czy mogłoby być jeszcze lepiej? Chyba nie, bo nie potrafię sobie wyobrazić czegoś bardziej magicznego i wspaniałego niż moje ostatnie 24 godziny wędkowania nad tym wspaniałym jeziorem, które na długo zostanie w mojej pamięci.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Zaremba

 

Więcej relacji z karpiowych zasiadek znajdziecie w każdym wydaniu dwumiesięcznika "Karp Max".
 

Kupuję prenumeratę









 

GALERIA

  • Węgierskie karpie według Arkadiusza Zaremby
  • Węgierskie karpie według Arkadiusza Zaremby
  • Węgierskie karpie według Arkadiusza Zaremby
  • Węgierskie karpie według Arkadiusza Zaremby
  • Arek Zaremba - karpiarz (5)
  • Arek Zaremba - karpiarz (6)
  • 02
  • 03
  • 04
  • przynety na karpie Traper
  • 05
  • 06
  • 07
  • 08
  • 09
  • 16
  • 17
  • 18
Jeżeli chcesz nas poinformować o ważnym wydarzeniu pisz: redakcja@karpmax.pl.

KOMENTARZE

Możesz komentować bez logowania.
usuńODPOWIADASZ NA:
max 1000 znaków (0)
max 60 znaków (0)
Wydawca portalu nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.
Komentarze zniesławiające lub mogące naruszać dobra osobiste osób trzecich grożą odpowiedzialnością karną i cywilną.
Chcesz być powiadamiany o nowych komentarzach w tej dyskusji?

Obserwuj nas

© 2015 KarpMax
Wszelkie prawa zastrzeżone
tworzenie stron www: PERSABIO
© 2016 KarpMax
Wszelkie prawa zastrzeżone
zamknij

ZALOGUJ SIĘ

Zapamiętaj mnie
zaloguj się przez swoje konto na facebooku
facebook
Nie masz konta, zarejestruj się: REJESTRACJA
zamknijMENU
 
Szanowny Użytkowniku
 
Chcielibyśmy Cię poinformować, że z dniem 25.05.2018 r. ulegają zmianie przepisy, na podstawie których przetwarzane są dane osobowe. Będą one dotyczyły wszystkich użytkowników. Zmiany wynikają z istotnych przyczyn, jakie stanowi wejście w życie przepisów europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO), które nakładają na nas obowiązek dostosowania regulaminu do nowych regulacji prawnych. 
 
Co to jest RODO?
RODO to skrót od Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych, inny skrót często spotykany to GDPR (General Data Protection Regulation). Pełna nazwa aktu, który regulować będzie przetwarzanie danych osobowych to: „Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE”.
 
Główny cel wprowadzenia RODO to zmniejszenie zróżnicowania przepisów w zakresie ochrony danych osobowych między poszczególnymi krajami UE oraz zwiększenie zabezpieczeń przetwarzania i ochrony danych osobowych, tak by przepisy prawa nadążały za zmieniającą się technologią.
 
Od kiedy RODO będzie obowiązywać?
27.04.2016 r. Parlament Europejski przyjął w drodze rozporządzenia zmianę prawa o ochronie danych osobowych. Wszystkie kraje Unii Europejskiej, w tym i Polska muszą dostosować swoje prawo do nowych przepisów, które będą bezpośrednio stosowane od 25.05.2018 r.
 
Co to są dane osobowe?
Dane osobowe są to wszelkie informacje dotyczące zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osoby fizycznej. Informacja ma charakter osobowy, dopóki jest możliwe ustalenie, kogo ona dotyczy, a sama w sobie nie musi od razu określać tożsamości osoby. Muszą to być zatem informacje, które pozwalają na identyfikację, odróżnienie od innych, wskazują na osobę, jak również te informacje, które są źródłem wiedzy o osobie wyodrębnionej spośród innych osób. Warto pamiętać, że dane osobowe możemy znaleźć nie tylko w dowodzie osobistym czy paszporcie. Danymi będą również numer telefonu czy adres e-mail, a więc informacje, które często nie są chronione z należytą starannością.
 
 
Administrator danych oraz informacje kontaktowe
Administratorem danych jest Centrum Promocji Wędkarstwa Karpiowego Przemysław Mroczek; ul. Monte Cassino 6; 75-412 Koszalin. REGON: 330870429; NIP: 669-156-30-44. W sprawie swoich danych osobowych możesz skontaktować się z nami pod adresem e-mail: k.matejek@karpmax.pl
 
Cele przetwarzania oraz podstawa prawna przetwarzania
Twoje dane osobowe przetwarzamy do następujących celów:
 

Okres przez który dane będą przetwarzane
 
Komu przekazujemy
 
Prawa osoby, której dane dotyczą
Przysługuje Ci prawo dostępu do Twoich danych oraz prawo żądania ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania. W zakresie, w jakim podstawą przetwarzania Twoich danych osobowych jest przesłanka prawnie uzasadnionego interesu administratora, przysługuje Ci prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych osobowych.
Prawo do cofnięcia zgody. Cofnięcie zgody ma skutek od momentu wycofania zgody. Cofnięcie zgody nie wpływa na przetwarzanie dokonywane przez nas zgodnie z prawem przed jej cofnięciem. Cofnięcie zgody nie pociąga żadnych negatywnych konsekwencji. Może jednak uniemożliwić dalsze korzystanie z usług lub funkcjonalności, które zgodnie z prawem możemy świadczyć jedynie za zgodą. 
W zakresie, w jakim Twoje dane są przetwarzane w celu zawarcia i wykonywania umowy lub przetwarzane na podstawie zgody – przysługuje Ci także prawo do przenoszenia danych osobowych, tj. do otrzymania od administratora Twoich danych osobowych, w ustrukturyzowanym, powszechnie używanym formacie nadającym się do odczytu maszynowego. Możesz przesłać te dane innemu administratorowi danych.
Przysługuje Ci prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego, gdy uznasz, że przetwarzanie Twoich danych osobowych narusza przepisy obowiązującego prawa.
Podanie danych osobowych w celach marketingowych jest dobrowolne, natomiast podanie danych w celu zarejestrowania na portalu lub po dokonaniu zakupu w sklepiku jest niezbędne. Konsekwencją odmowy będzie brak możliwości założenia konta lub realizacji zamówienia.  
 
W zakresie, w jakim podstawą przetwarzania Twoich danych osobowych jest zgoda, masz prawo wycofania zgody. Wycofanie zgody nie ma wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, którego  dokonano na podstawie zgody przed jej wycofaniem.
 
W zakresie, w jakim Twoje dane są przetwarzane w celu zawarcia i wykonywania umowy lub przetwarzane na podstawie zgody – przysługuje Ci także prawo do przenoszenia danych osobowych, tj. do otrzymania od administratora Twoich danych osobowych, w ustrukturyzowanym, powszechnie używanym formacie nadającym się do odczytu maszynowego. Możesz przesłać te dane innemu administratorowi danych.
 
Przysługuje Ci również prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego zajmującego się ochroną danych osobowych.