
Silesia Fishing – Targi Karp i Method Feeder
2024-02-07
VIII Puchar NLT Koblov – pod patronatem Karp Max
2024-02-08The Queen – wrócił nad tę wodę po 30 latach

W końcu, pewnego dnia po ciężkim holu, na brzegu ląduje pełnołuski „pięciokilowiec”, tym samym mój pierwszy, który na zawsze zostanie w pamięci. Minęło 30 lat…
Przeraźliwy dźwięk wyrywa mnie z głębokiego snu i zanim trafiam na przycisk budzika zrzucam go z biurka po omacku. Półprzytomny wstaję o 3 rano. Kolejny letni dzień. Wszystko, żeby o świcie być w gotowości bojowej i wraz z moim kumplem Knapem dotrzeć do naszego stanowiska w lesie. Jeszcze obmyć twarz, szybka herbatka, kanapki, termos do plecaka no i moja drogocenna wędka teleskopowa czeskiej firmy Sona. Chwilę potem wskakuję na rower i mkniemy we dwóch między domami, po czym znikamy w ciemnym lesie, który w nocy jest nie lada przeprawą. Nasze stuningowane składaki Wigry nie mają żadnego oświetlenia, które chętnie byśmy zamontowali, ale w tamtych czasach w sklepie rowerowym oświetlenia było brak. Ta jazda po omacku powodowała, że dziury na trasie pokonywały nas co któryś przejazd i kraksy były nieodłączną częścią tej eskapady, jednak zawsze docieraliśmy na czas do celu. Jeszcze tylko podać zestawy i zaczynał się czas ekscytującego oczekiwania na pierwszy atak, bo tylko tak określało się branie karpia. Określenie to pozostało niezmiennie po dziś dzień i nikt z tutejszych łowców nie nazywa tego inaczej.

Przeraźliwy dźwięk wyrywa mnie z głębokiego snu i zanim trafiam na przycisk budzika zrzucam go z biurka po omacku. Półprzytomny wstaję o 3 rano. Kolejny letni dzień. Wszystko, żeby o świcie być w gotowości bojowej i wraz z moim kumplem Knapem dotrzeć do naszego stanowiska w lesie. Jeszcze obmyć twarz, szybka herbatka, kanapki, termos do plecaka no i moja drogocenna wędka teleskopowa czeskiej firmy Sona. Chwilę potem wskakuję na rower i mkniemy we dwóch między domami, po czym znikamy w ciemnym lesie, który w nocy jest nie lada przeprawą. Nasze stuningowane składaki Wigry nie mają żadnego oświetlenia, które chętnie byśmy zamontowali, ale w tamtych czasach w sklepie rowerowym oświetlenia było brak. Ta jazda po omacku powodowała, że dziury na trasie pokonywały nas co któryś przejazd i kraksy były nieodłączną częścią tej eskapady, jednak zawsze docieraliśmy na czas do celu. Jeszcze tylko podać zestawy i zaczynał się czas ekscytującego oczekiwania na pierwszy atak, bo tylko tak określało się branie karpia. Określenie to pozostało niezmiennie po dziś dzień i nikt z tutejszych łowców nie nazywa tego inaczej.

Powrót do przeszłości
Knap, bo taką ksywę nosił Wojtek, standardowo podał ciasto swojego tajnego przepisu, którego detali nawet mi nie zdradził. Ja natomiast wiedziałem, że zawodowcy polujący na grubego łowią tylko na groch i nie wyłamałem się ani razu z mojej strategii. Knap punktował prawie każdego poranka, a jego bomba jechała pod kij albo strzeliła w blank radzieckiego teleskopu, co dawało nam takiego kopa, że znów trzeba było być rano w pełnej gotowości bojowej. I tak dzień po dniu prawie przez całe wakacje. Punktował mnie równo, to znaczy na jego koncie było kilka sztuk w przedziale 1–2 kg, a ja zero. W końcu tego ranka, jak co dzień, kije podane. Na hak niedogotowany groch, ołów oklejony ciastem, a w nim powciskane symetrycznie pojedyncze groszki. Klasyczny zestaw na lacza, bo tylko tak u nas mówi się na dużego karpia. Następnie była sielanka, czyli delektowanie się tymi wyjątkowymi okolicznościami przyrody i obserwacja o świcie spławów, a potem miniognisko i kiełbacha z patyka, a po niej drzemka na trawie z głową na plecaku i czekanie, kiedy obudzi nas kolejny atak.

Tak też było tego dnia, z tą różnicą, że kij z ciastem milczał, a mój na grubego w końcu przemówił. Strzał w kij, bomba w przelocie i wygięte podpory wyrwały mnie do pionu. Kołowrotek nie zagrał, bo zapomniałem o hamulcu i chyba wtedy jeszcze nie wiedziałem do czego służy, zaś cyprinio mało mi kija z ręki nie wyrwał. Nie wiem, ile to wszystko trwało, ale wkrótce na stanowisku byli już nie mniej podekscytowani kibice z okolicznych stanowisk. Po ciężkim holu na brzegu ląduje pełnołuski „pięciokilowiec”, tym samym mój pierwszy, który na zawsze zostanie w pamięci, ponieważ wpłynął na resztę mojego, nie tylko wędkarskiego, życia. Najpóźniej o 10.00 zwijaliśmy mandżur i wracaliśmy do domu, bo według wiedzy ekspertów wędkarstwa, pozyskanej z książek i „Wiadomości Wędkarskich”, dalsza zasiadka nie miała sensu, bo karp i tak już nie weźmie o tak późnej porze.

Od pamiętnych wakacji z naszej karpiowej kolebki minął już szmat czasu i każdy kolejny sezon spędzałem na innych wodach lub też miałem kilkuletnią przerwę, ale cały mój rynsztunek zawsze stał w gotowości i nawet w okresie, kiedy nie łowiłem, w myślach wracałem na ten zbiornik z obietnicą, że kiedy stanę znów na karpiowej ścieżce to wrócę w to pierwotne miejsce. Co roku zawsze dochodziły jakieś „niusy”, że ktoś tam siedzi od tygodni czy ktoś tam coś złowił, ale pomimo że karpie zamieszkują ten dość pokaźny zbiornik od pół wieku, to nigdy nie słyszałem, żeby ktoś złowił jakiś okaz, co mogło być spowodowane tym, że po prostu nie było tu ryby tak uprzywilejowanej genetycznie, żeby dorosła do znacznych rozmiarów 20+ lub też zanim dorosła została złowiona i usmażona przez legendarną teściową.
Catch and release
W końcu, po dekadach, znów w pełnym rynsztunku wróciłem w to miejsce, ciesząc się z każdej godziny bycia w tych okolicznościach przyrody i stale zastanawiając się, czy woda kryje jakiś ukryty skarb. Po spławach z tamtych lat ani śladu i innych znaków życia brak, ale to dobrze. Łowię tylko na dzikich wodach z dala od karpiowych szlaków, ale jak dla mnie tylko tam czeka prawdziwa przygoda i tego typu miejsca to jedyny sprawdzian dla prawdziwego łowcy. Nie mam wielkich oczekiwań, tym bardziej że to pierwsza moja zasiadka w tym roku i cały sezon przede mną. Największe moje osiągnięcie w wędkarstwie to już historia i nawet złowienie rekordu świata byłoby niczym przy tym, co udało się kiedyś dokonać!

Na początku lat 90., kiedy w Polsce nikt nie słyszał o zasadzie „Złów i wypuść”, ja wraz z Przemkiem Mroczkiem, redagującym dział karpiowy na łamach „Wiadomości Wędkarskich”, miałem możliwość pisania praktycznie co miesiąc na łamach wszystkich polskich czasopism, takich jak „Esox”, „Wędkarski Świat”, „Wędkarz Polski” oraz „Magazyn Wędkarski”, a przy każdej okazji propagowałem „kamień węgielny” naszej pasji, czyli zwracanie wolności naszym wodnym przyjaciołom. Efekt był doskonały, bo zasada „Złów i Wypuść” dla nowo wstępujących w szeregi był podstawą stania się karpiarzem, a pomysł ten przypadł również wielu innym wędkarzom, którzy masowo zaczęli zwracać wolność i w ten sposób niezliczona liczba wspaniałych ryb wróciła do swojego środowiska.
Pierwszy atak
Jak co sezon strategia ustalona, wszystko zapięte na ostatni guzik, a czy trafna to czas pokaże. W tym sezonie do arsenału sprzętowego wpadła nowa łódka wypasiona na maxa, potrafiąca cuda. Nie jestem wielkim zwolennikiem takiej techniki w łowieniu, ale obecnie, przy deficycie czasowym, presji wędkarskiej i obostrzeniach na łowisku, to bardzo przydatny oręż.
Przez pierwsze wypady nic się nie działo, za to wolny czas pozwolił na rozpracowanie detali nowej jednostki pływającej, no i przede wszystkim delektowanie się budzącą się do życia przyrodą.
W końcu nadszedł czas kolejnej zasiadki, podczas której mocno byłem przeświadczony, że coś się ruszy, bo według mnie aura była bardzo sprzyjająca. Tym razem stryjek Krzych wybrał się ze mną i podajemy zestawy przed zapadnięciem zmroku. Krzychu coś tam eksperymentuje i stwierdził, że podaje na jakąś magiczną kukurydzę, ja natomiast trzymam się moich standardowych procedur, jakie stosuję na „lacza”, czyli podaję moje magiczne hand made kule, które robione w starej recepturze zawsze się sprawdzały, dodatkowo wraz z gotowcami Massive Baits z mączki rakowej. Zamysł jest taki, że jeśli jeden ze specjałów nie podejdzie z walorami smakowymi Panu Cyprinusowi, to może wstrzelę się z drugim.

Jeszcze ostatnie detale sprawdzone przed nocką i wskakujemy w śpiwory. Było coś około północy, kiedy „stryjek” budzi mnie podekscytowany i mówi: „Jest! Mam! Trójka!”. Niby tylko trójka, ale pierwszy atak po miesiącach zimowej przerwy zaliczony. Mówię „super”, trójka na mais, czyli wiosenna klasyka i chwilę potem nurkuję do śpiwora aż do momentu, kiedy Delkim stawia mnie na równe nogi. Kilka dźwięków sprawiło, że odpinam front i świecę latarką. W mroku nocy widać jak bomba wjechała w przelotkę. Chwilę potem stoję przy kiju, a naprężona żyła oznajmia, że kij idzie w górę. Po pierwszym ataku powoli zwijam do brzegu. Dystans spory, nie ma co gonić, a teren w miarę czysty. Dopiero po kilku minutach pompki kij zaczyna się wyginać i rola rusza z wolna. Już wiem, że to nie smerf, tylko coś grubego, bo prawdziwego lacza zawsze po takiej reakcji można wyczuć na kiju. Kilkanaście metrów wyjechało ze szpuli i znów ku brzegowi i tak trwało, a cały hol nabierał rumieńców, bo wchodził w fazę brzegową.
Wołam: „stryjek, wstawaj!”. Raz, drugi, trzeci, ale ani widu, ani słychu. Pewnie poszedł spać do auta albo przesiedział nockę na czuwaniu i teraz zapadł w kamienny sen. Ostatnia faza walki nadeszła, a jegomość krótkimi odjazdami umila mi świt, natomiast po stylu walki przeczucie mówi, że to może być jakaś mamuśka, co wprowadza mnie w stan pełnej wędkarskiej euforii. Ostatnie młynki i za pierwszym podejściem udaje mi się go podebrać. Na macie bez dwóch zdań potężna ikrzyca, której gabaryt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, choć jest jeszcze za ciemno, żeby ją w pełni podziwiać, a w świetle czołówki jest blada jak ściana.

Szybko moczę worek i chwilę potem ten żywy pomnik przyrody odpoczywa w wodzie. Tymczasem słyszę dźwięk rozpinanego zamka i ktoś wynurza się z namiotu. O! Jest i Krzych, który wybudził się ze śpiączki, a ja relacjonuję mu całe zdarzenie. Po kilku godzinach wyciągamy ponownie wór, a naszym oczom w porannym świetle ukazuje się piękna lala, która po krótkiej sesji zdjęciowej wraca do swego królestwa i tym samym zapisuje niesamowitą historię na wodzie, na której się wszystko zaczęło. Nad którą wróciłem po 30 latach, łowiąc jednego z najładniejszych okazów na mojej wędkarskiej ścieżce i na której przywitała mnie sama jej wysokość, karpiowa królowa. The Queen!
Autor: Jacek Lorenc





